poniedziałek, 29 grudnia 2014

Noworoczny dekalog Billie







Zbliża się koniec grudnia i wszyscy robimy wewnętrzne rachunki sumienia. Dziś zostawmy przeszłość za sobą, czas skupić się na nadchodzącym roku! Mam dla was dziesięć prosto-trudnych rad. Zapraszam! ... o ile ktokolwiek chciałby przyjmować rady życiowe od nastolatki, ekhem.


1. Mów prawdę.

To jest moje hasło życia. Wyzwala, upraszcza i jest podstawą dobra.
Prawda -> Miłość -> Radość


2. Szanuj innych.

Nie staraj się udawać, że nie ma między nami różnic, a naucz się je akceptować. Zanim kogoś ocenisz albo na niego nawrzeszczysz, choć trochę spróbuj wczuć się w sytuację.  


3. Nie daj się wykorzystać.

Wiesz od czego zaczyna się każdy instruktarz udzielania pomocy poszkodowanemu? „Zadbaj o własne bezpieczeństwo” - nie potrzebne są nam dwa trupy, bo tobie zachciało się na siłę zgrywać bohatera. Pomagaj innym w miarę możliwości, ale zawsze miej na względzie swoje dobro. Całego zła świata nie uniesiesz.


4. Nie zostawaj bez argumentu.

Nie sztuką jest mieć własne zdanie. Mieć na to uzasadnienie, to jest coś! Rozważanie argumentów za i przeciw  pomoże ci wybrać możliwie najlepszą drogę, a nawet przekonać do niej innych. Takim rozważaniem możesz też sam zorientować się, że byłeś w błędzie. Wtedy przyznaj rację innym, to nie boli, obiecuję.


5. Bądź najlepszą wersją samego siebie.

Nigdy nie będziesz najlepszy. Przykro mi. Ale zawsze możesz być lepszy niż wczoraj! To jest już prawdziwy sukces. Znajdź rzecz, którą robisz najlepiej i pracuj nad nią. Zaakceptuj swoje słabości, ale jednocześnie nie przestawaj się starać.


6. Pamiętaj: w zdrowym ciele, zdrowy duch!

Nie zapominaj o aktywności fizycznej i racjonalnym żywieniu. Nie musisz być największym fanem sportu, ale chociaż tyle, żeby nie dostać odleżyn i wiedzieć, że te ziemniaki nie zawsze miały taki kształt.


7. Stawiaj sobie wyzwania.

Jeżeli codziennie wszystko ci wychodzi to coś jest nie tak. Znaczy, że nie próbujesz nowych rzeczy, więc zupełnie się nie rozwijasz. Podejmij się trudnych zadań, wyjdź poza bezpieczny grunt i…


8.  … nie bądź tchórzem!

Nie bój się porażek, zmian i nieznanych. Nie uciekaj przed problemami. Nie krępuj się tym, co pomyślą inni. Stawiaj czoła życiu.


9. Walcz o siebie.

Nie każdego można uratować, ale każdy może uratować samego siebie. Dowiedz się kim jesteś i broń tej osoby do ostatniej kropli krwi, bo jest tego warta.


10. Czytaj Vroobelka!

Tutaj chyba zbędny jest komentarz! Czytaj, a kiedyś będziesz mógł powiedzieć, że znałeś zanim stał się popularny. Ten artykuł jest też idealną alternatywą dla noworocznych życzeń. Zamiast głupich wierszyków czy pustych frazesów, podeślij znajomym ten życzliwy wpis!

Może masz jakieś konkretne postanowienie na przyszłość? Koniecznie daj znać w komentarzu, na asku, na fejsie lub napisz do mnie maila na billie.sparrow.vroobelek@gmail.com


Kocham Was! Widzimy się po Nowym Roku! 

piątek, 26 grudnia 2014

Lekko Stronniczy #1001


Jest piątek, godzina 18.00. Wiecie co robiłam, dokładnie o tym czasie, przez ostatnie trzy lata? Oglądałam Lekko Stronniczych, którym do zakończenia działalności został jeden odcinek. Dlatego dzisiaj, o tym symbolicznym czasie, wypuszczam niniejszą notkę. Ja wiem, ja wiem. To takie patetyczne! Ale lubię czasem małe, tanie sranie w banie. Kto nie lubi przypisywać sentymentu miejscom, rzeczom, wydarzeniom i ludziom? Wszyscy lubią, tylko nie każdy się przyznaje.

Jak już wspominałam, w relacji z Orange Video Fest, LS był pierwszym kanałem, który zaczęłam śledzić na bieżąco. Gdy dołączyłam do grona widzów, gdzieś po dwusetnym odcinku, bardziej lubiłam Włodka. Był taki kochany i miał fajne włosy, a wiadomo, że więcej nie potrzeba, żeby zostać idolem gimbusiary. Potem zaczęłam dorastać i bardziej zaimponował mi Karol. Doceniałam jego rzeczowe podejście do sprawy i uwielbiałam Paciorkowy sarkazm. Nadal tak jest, ale po przeczytaniu ich książki, wyjątkowe uznanie zdobył dla mnie Włodek. Poruszył, w sposób wyważony i z dystansem, wiele istotnych kwestii, szczególnie na temat dorastania. Miałam wrażenie jakby papier był jedynym miejscem, gdzie Karol nie ściąga całej uwagi poprzez swój słowotok i pewność siebie, a w końcu robi miejsce dla mądrego, acz introwertycznego partnera.

Teraz już nie potrafię wskazać ulubieńca. Lekko Stronniczy są jak smalec i ogórki kiszone, piwo i chipsy, Nutella i więcej Nutelli – najlepiej smakują razem! Formuła programu i wizerunek chłopaków to wypadkowa ich dwóch różnych osobowości. 

Przed koncertem Soundgarden w Oświęcimiu. Kolejnego dnia byłam na koncercie Erica Claptona, ale kogo to obchodzi? SPOTKAŁAM WŁODKA.

Wiecie co znaczy dla nastolatka słuchać kogoś codziennie przez trzy lata? To małe, skubane, wszystko wsiąka jak gąbka (nic dziwnego, że potem wielu pleśnieje). Ja miałam zaszczyt posiadania dwóch półetatowych starszych braci, porażających swoim poczuciem humoru, obowiązkowością i inteligencją. Czasem słuchałam ich uważnie, czasem sobie gadali do ściany. Jak to starsi bracia, wiadomo. Ale zawsze klikałam, a oni zawsze byli. Tam. O umówionym czasie i miejscu.

Dopiero zaczynam swoją przygodę z blogowaniem i YouTubem, a już wiem, że to nie jest łatwe. Inwestujesz mnóstwo czasu, wiedzy i zapału, żeby ktoś mógł, po tych kilku minutach, stwierdzić „śmiechłem” albo „#true”, po czym beznamiętnie kliknąć krzyżyk. Często włożona praca jest niewymierna w stosunku do efektów.

Rzadko wygrywam życie, ale jak wygrywam...
Dlatego nie mogę wyjść z podziwu dla tysiąca nakręconych odcinków, szczególnie bez ani jednego zaniedbania w czasie, odpisania na wszystkie maile (nawet moje!), przeprowadzenia kilku akcji charytatywnych, podpisania tysięcy książek i zrobienia milionów selfie z widzami. To jest taki ogrom pracy, że od samej myśli uginają mi się nogi. Szczerze? Myślę, że na miejscu Karola i Włodka, po pięćdziesięciu odcinkach, miałabym odruch wymiotny na sam dźwięk nazwy programu.

Pamiętam jak kończyłam gimnazjum. Poznałam tam najlepszych przyjaciół, przeżyłam mnóstwo pięknych i niezapomnianych chwil, ale pod koniec czułam się już jak bydło, mała cząsteczka czarnej masy. Potrzebowałam wyższej poprzeczki, wyzwania, większego pola. Teraz powoli zaczynam odczuwać to samo w stosunku do liceum. Tak po prostu jest, że w życiu potrzebne są zmiany. Coś się kończy, żeby zaczęło się coś nowego. Lepszego. Dlatego i ja, i wy, wiecie, że zakończenie programu w tym momencie jest najlepszym wyjściem.

Tymczasem teraz to ja biorę się do pracy. Będzie ciężko, ale warto. Kiedyś się spotkamy, chłopaki, a wtedy w końcu pójdę z wami na to cholerne piwo, bo nie będę już miała pieluchy na dupie, a pod nosem smarków! Ja stawiam, niech stracę.

I już zawsze będziemy...

Dziękuję.



PS:

środa, 24 grudnia 2014

Rzuć to wszystko!

Dowiedziałam się właśnie o bardzo ciężkim wypadku pewnej osoby. Szczegóły nie mają znaczenia. Nie pytajcie. W jednej chwili zrobiło mi się słabo. Po prostu nie mogę o tym nie napisać.

To wydarzenie przywiodło mi na myśl też inne. Kilka dni temu, na Wrocławskim rynku, zobaczyłam ratowników medycznych, reanimujących człowieka. Widziałam starszą panią stojącą nad nim. Jej przerażoną twarz. Oddaliłam się jak najprędzej, robiąc jedynie znak krzyża, bo nie potrafię stać i przyglądać się jak człowiek umiera na chodniku. A było kilku takich gapiów. Za dużo tej tragedii wokół nas. Akurat teraz.

To wszystko jest jak kulka między oczy. To potrząśnięcie: człowieku, planować to ty sobie możesz! Tylko nie zdziw się, kiedy coś pohamuje twoje zapędy. I zobaczysz wtedy co jest najważniejsze. Ludzie, których kochamy. I nic więcej.

Myślałam, że z wiekiem przestałam czuć „magię świąt”, a okazuje się, że dopiero ją odkryłam. Nie ważne są te światełka, prezenty, piosenki w radiu i jedzenie. Ważne, że będę mogła usiąść do stołu razem z moimi bliskimi i szczerze się do nich uśmiechnąć. To są najpiękniejsze Święta.

I życzę wam, Kochani Czytelnicy, zdrowia. Przede wszystkim zdrowia.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Orange Video Fest - krótka relacja


W minioną sobotę odbył się Orange Video Fest, gdzie zaprezentowali się czołowi polscy vlogerzy. Od dawna jestem zafascynowana tym środowiskiem, toteż nie mogło mnie tam zabraknąć! Co podobało mi się najbardziej?


Krótkie info dla niezainteresowanych: OVF to festiwal, podczas którego twórcy filmów w Internecie prezentują się na scenie, przeprowadzają panele dyskusyjne, demonstrują swoje talenty i co najważniejsze, spotykają ze swoimi widzami. To musiał być dla nich niesamowicie pracowity dzień - setki autografów i zdjęć.

Konferansjerkę poprowadzili Lekko Stronniczy - youtuberzy najbliżsi memu sercu. Nie tylko dlatego, że ich kanał był pierwszym, który zaczęłam regularnie obserwować i „wspólnie” spędziliśmy ładnych parę lat. Włodek i Karol są po prostu mistrzami w swojej dziedzinie. Z łatwością przychodzi im wszelka improwizacja, a ich dowcip to poezja. Niestety nie udało mi się ich złapać i poprosić o podpisanie książki, jednak na szczęście sytuację uratował jej prawdziwy autor – Radosław Kotarski!




No właśnie – Radek! Jego osoba zrobiła na mnie tego dnia wielkie wrażenie. Człowiek do rany przyłóż. Akurat stałam obok, gdy ktoś poprosił go o nagranie filmu dla dziewczyny, która nie mogła przyjechać na OVF. Podpisywał też książki Lekko Stronniczych, bo wszyscy wiedzą, że są przyjaciółmi i uwielbiają wzajemne potyczki słowne. Za każdym razem pisał coś śmiesznego. W moim egzemplarzu zamienił słowo „stronniczy” na „bogaci”, a po zrobieniu standardowego selfie:

- Jeszcze jedno takie na spontanie, bo ja mam bloga, którego nikt nie czyta. Wrzucę i napiszę, że jakiś Radek chciał ze mną zdjęcie!
- Ok! To ona, to ona!


Radek wygłosił na scenie kilka słów o pasji, które na długo zostaną w mojej głowie. Powiedział, że niezależnie od tego do jakiej szkoły chodziliśmy, wszyscy znamy standardowe: „Słuchajcie, ja na chwilę wychodzę, a tutaj ma być bezwzględna cisza!”, po czym zawsze następował chaos. Dlaczego? Bo zniknęła nasza motywacja - nauczyciel. Bez stymulacji do zdobywania wiedzy, od razu traciliśmy na to chęć. Pasja to motywacja, która jest w nas. To jedyny sposób, żeby niezłomnie dążyć do swoich celów.

Zaraz po Radku wystąpił Mateusz Grzesiak - psycholog i trener. Niesamowity człowiek. Każdemu radzę zapoznać się z jego filmami. Mówił o tym, że jeżeli wykraczasz poza ramy, system stara się ciebie stłamsić, ściągnąć do swojego poziomu i wsadzić w swoje schematy. Jeżeli kiedykolwiek miałeś ten problem, jesteś moim czytelnikiem idealnym.

Na koniec kilka migawek:


Najpierw wszyscy do Abstra, a po chwili...
... szaleńczy bieg chmary ludzi do Człowieka Wargi! Tak napierali na Maćka, że aż mi się go robiło szkoda.


Szczęśliwi, ale już baaaardzo zmęczeni! Ciekawe, że Martin stał za ladą u Wardęgi.


Działo się tam jeszcze wiele innych, wspaniałych rzeczy, których nie sposób opisać. Jestem dzieckiem YouTube'a  i szczerze mogę stwierdzić, że powyżsi twórcy internetowi, jak i wielu innych, mieli wkład w kształtowanie mojej osobowości, więc wszystkim im serdecznie dziękuję! Za rok też tam pojadę. Będę po drugiej stronie.

A co wy sądzicie o youtuberach? A może też byliście na Orange Video Fest?

Ask
snapchat @billie_sparrow

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Każdy dzień jest dobry!




Wiecie co dzisiaj jest za dzień? Jasne, że wiecie, bo nikt nie lubi poniedziałków. Ale nie wiecie, że dzisiaj jest Pierwszy Dzień Początku Nowego Życia! Chodzę na siłownie trzy razy w tygodniu i od pewnego czasu zauważyłam ciekawe, choć całkiem oczywiste zjawisko.


Każdy, kto wchodzi na siłkę, rzuca luźne „Siema!”… no dobrze, oprócz mnie. Czuję się smarkaczem, więc zwykle mruczę „Dzień dobry” i chyba nieprędko się to zmieni. Panuje taki klimat, bo wszyscy znamy się z widzenia. Jednak w poniedziałki pojawia się wiele osób, które widzę pierwszy i ostatni raz w życiu. A szkoda.

Panie po czterdziestce, nieporadnie włączające maszyny, śmiejące się do swoich koleżanek. Czasem pomogę im się odnaleźć. Są też panowie z rozdętymi brzuszkami. Lubię obserwować ludzi. W każdym z nich widzę osobną historię, staram się domyśleć co ich tutaj przywiodło.

Przypominam sobie swoje własne początki w walce z kompleksami. Codzienne przekraczanie granic. Małe sukcesy i gorzkie, ale niezbędne porażki. Powiem wam w sekrecie, że nie każdego można uratować, ale każdy może ocalić samego siebie.

Wielu z nich zrezygnuje, bo nie będzie miało czasu i motywacji. Niektórzy postanowią zacząć od nowa. Jeden zostanie. Nie dlatego, że miał lepsze możliwości, a dzięki ciężkiej pracy i niezłomności.


To od poniedziałku!

Czyż każdy z nas nie powtarzał sobie tego setki razy? Jeżeli wydaje się wam, że na siłownię chodzą same mięśniaki to jesteście w wielkim błędzie! Każdy mądry musiał się kiedyś nauczyć i jeszcze żadnemu artyście sam talent nie wystarczył. Cokolwiek chcecie osiągnąć, od czegoś trzeba zacząć. Nie bójcie się ośmieszenia. Nie bójcie się porażki. Próbujcie nowych rzeczy i miejcie w pamięci, że początki zawsze są trudne.

Ja też zaczynałam w poniedziałek. Ale może wy nie czekajcie już do następnego?



Czekam na wasz oddźwięk w komentarzach. Zapraszam też na aska :)

sobota, 22 listopada 2014

Czesław Śpiewa - spójna niespójność



Byłam wczoraj na koncercie Czesław Śpiewa we Wrocławskim Starym Klasztorze. Czekałam aż zespół pojawi się w okolicy, bo od pewnego czasu spędzaliśmy we dwoje owocne wieczory… no dobra, w trójkę, było też Spotify.
          


Przemilczę ten trzydziestominutowy poślizg! Zastanawiam się czasem jak organizowane są koncerty, czy oni już wliczają spóźnienie, tak jak w kinie wlicza się piętnaście minut reklam?

Miejsce bardzo klimatyczne. Sala gotycka – cegła i sklepienia krzyżowe – uwielbiam taki klimat. Na scenę wychodzi zespół. Basista, ubrany w stylu nonszalanckiej ekscentryki, akordeonista w koszulce niczym majtek na statku, bębniarz o włosach, których zazdrościłaby niejedna dziewczyna. W centrum stoi Czesław, jakieś tam spodnie, jakaś tam koszulka, rozkosznie opinająca jego brzunio, no i czapka z daszkiem.

Mówi, że można komentować, ale też nie jest obciachem zwrócić komuś uwagę, żeby był cicho – za to wielki plus. Zaczyna się. Nareszcie. Wyczekane, wystane. Mogę ich mieć.
              
Całość to nie jest tylko koncert, to jest spójny występ. Czesław dużo mówi i po polsku do publiczności, i po duńsku do swoich kolegów. A to zagra na klawiszach, a to na akordeonie czy instrumencie, którego nazwy nie znam i być może nigdy nie poznam. Przycupnie, zatańczy, podwinie koszulkę (och, ten brzunio), a mikrofon to rozwali z emocji!
  
źródło: wikipedia

Stałam może dwa metry od sceny i ani chwili nie oderwałam od niej wzroku, na przemian uśmiechając się lub przygryzając wargi ze skupienia. To było świetne. Dynamika, słowa których nie da się zrozumieć, wręcz hałas. Chaos. Po to, żeby już za chwilę nastała zupełna cisza i można było odśpiewać coś przy harmonijnych dźwiękach fletu oraz dzwoneczków. Wachlarz emocji.

Sam Czesław mówi, że teoretycznie jego muzyka nie powinna podobać się ludziom o dobrym guście muzycznym. I ma rację. To wszystko jest tak nieuporządkowane, jak gdyby tysiące myśli chciałoby zostać wypowiedziane naraz. Zastanawiam się na ile całość jest przemyślana, a na ile to dzieło przypadku.

Image zespołu jest niespójny, „ładni” to oni nie są, Czesław więcej „melodyjnie recytuje” niż śpiewa. Ale kogo to obchodzi? Komuś to przeszkadza? Bo mi nie. Paradoksalnie, swoiste pasmo sprzeczności i nawał wszystkiego naraz, stają się spójne w swej niespójności. To pokazuje jak niejasna jest recepta na sukces. Może po prostu trzeba robić to co się czuje? Tak buduje się wyjątkowość, jaką Czesław Śpiewa bezsprzecznie posiada.

Wczorajszy wieczór był ucztą dla mojego artystycznego głodu. Tego chciałam.

No koniec dodam, że najnowsza płyta zespołu „Księga Emigrantów. Tom I” jest znakomita i przejdę się po nią do sklepu, a co! Przesłuchajcie ją, a potem dodatkowo przeczytajcie. Orientuję się trochę w temacie emigracji i sądzę, że to dobry komentarz problemu.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Jezus Cię kocha! cz. 2

Jesteśmy w kapucyńskim klimacie, więc przywitam się też po kapucyńsku - pokój i dobro!

Pomimo moich obaw, wczorajszy wpis został bardzo dobrze przyjęty, miło mi.


Modlitwa wstawiennicza czyli prochy po chrześcijańsku

Zapisujesz się u braciszków na daną godzinę, idziesz do kościoła, gdzie czekają małe grupki modlitewne. Zgłaszasz się do jednej z nich, oni przeprowadzają z tobą krótki wywiad: jak masz na imię, czy brałeś już kiedyś udział w takiej modlitwie, jaka jest twoja intencja, czy mogą położyć na tobie dłonie oraz czy wiesz czym jest dar języków? No właśnie, co to? Najprościej mówiąc, niektórzy ludzie mają od Boga taką umiejętność, że kiedy się modlą, pod wpływem Ducha Świętego, zaczynają mówić i śpiewać w różnych językach obcych, których normalnie nie znają. Haczyk jest taki, że intencja musi dotyczyć ciebie. Wiem, że to brzmi śmiesznie, wręcz niemożliwie, ale małe przypomnienie, dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Brałam udział w takiej modlitwie kilka razy i działy się ze mną przeróżne rzeczy. Raz ogromny żar wewnątrz, wręcz ogień, potem kobieta, która się nade mną modliła, przeprosiła że tak mocno wbijała we mnie palce. Ja nic nie poczułam, przez te kilkanaście minut, byłam przekonana, że delikatnie trzymała na mnie dłoń. Innym razem, zdrętwiały mi ręce i przycisnęły do siebie mocniej, tak jakbym nie mogła ich od siebie oderwać i dokładnie w tej samej sekundzie, tamci ludzie zaczęli modlić się językami. Byłam też świadkiem tego jak niektórzy pod wpływem Ducha Świętego zaczynali się głośno śmiać, zupełnie bez powodu i bardzo długo nie potrafili przestać. To nie jest zmanipulowany tekst, żeby was omamić i wciągnąć do naszej sekty. To jest moje zupełnie niezależne świadectwo. Osoby, która wyraźnie doświadczyła Boga.

Konferencje

br. Paweł Teperski
Codziennie bierzemy udział w konferencjach czyli mądrzy ludzie opowiadają nam głównie o swoich przeżyciach lub bardziej teoretycznie na temat Boga. Bywają te ciekawsze i te mniej, wiadomo. Jednak mój faworyt od zawsze i na zawsze to brat Paweł Teperski. O właśnie tutaj linkuje wam jedno z jego wystąpień. Szczerze mówiąc, akurat tego nie słuchałam, ale to brat Paweł i w ciemno wiem, że ta konferencja no… musi być po prostu zajebista. Jak Teperski!

To jest charyzma! To jest przekaz! Te słowa cię bombardują! Człowiek szczery do bólu, pełen energii i niesamowicie inteligentny. Chrześcijaństwo ma czasem naprawdę słaby PR, ale on? Poślijcie go wszędzie, bo nie potrafię wyobrazić sobie osoby, której nie zainteresowała jego konferencja. Jej fragmenciki możecie obejrzeć tutaj. Nie będę go dokładnie przytaczać, bo obawiam się, że to spale, po prostu posłuchajcie w wolnej chwili tej podlinkowanej konferencji. Ręczę życiem, że warto.

Jednak nie mogę przemilczeć tego, że bardzo z nim się utożsamiłam. Opowiadał, że często nie potrafi położyć nadziei w Bogu, bo stawia swoje zdanie na pierwszym miejscu, a biorąc wszystko na siebie, już trzy razy popadł w depresję.

Nabożeństwa i Eucharystie

Najpiękniejsze chwile mojego życia. Treści merytoryczne zawsze prezentowane ciekawie, przy pomocy filmików czy scenek, wspaniałe kazania i mnóstwo indywidualnych błogosławieństw. Wszystko w towarzystwie niesamowitego chóru. Szczególnie wieczorem klimat jest niesamowity. Tego nie da się opisać, ale możecie obejrzeć przynajmniej fragmenty na YouTube.

Piątkowe nabożeństwo było prowadzone przez neoprezbiterów i bracia wpadli na naprawdę słodki pomysł – dosłownie. Chcieli, żebyśmy poczuli i posmakowali nieba, więc zrobili nam na czołach krzyżyki z różanego olejku, dając małą paczkę żelków. Tego dnia poczułam w sobie tyle radości, tyle Ducha Świętego. Była już noc, a ja wciąż chciałam śpiewać z rękami w górze. Potem wróciliśmy na pole namiotowe i tam dalej rozkręcaliśmy imprezę. Grałam nawet na bębnie. Ja nie umiem grać na bębnie, wiecie? Ale kogo to obchodzi.

Spotkania w grupach

moja grupa
Codziennie też odbywają się spotkania w grupach. Jesteśmy do nich przydzieleni odgórnie, dyskutujemy o konferencjach, dzielimy się swoimi świadectwami oraz gramy w różne zabawy integracyjne. W tym roku miałam wyjątkowo fajną grupę i animatorkę. Pozdrawiam, w szczególności Marcina, który chce zostać kapucynem, ale wtedy musiałby się wyrzec wszystkich swoich ukochanych włoskich butów. A za rok ja zostanę animatorką choćby nie wiem co! Nie chcę być już jednym z szarych uczestników, chciałabym mieć swój wkład w to czynienie radości. 

Moja droga

Przyjechałam spragniona i sfrustrowana kołem, jakie zatacza moja wiara. Pierwszego dnia rozdawano nam opaski z cytatami z Pisma Świętego, w gestii udowodnienia, że w życiu nie ma przypadków.

„Przystąpcie bliżej do Boga,
to i on przybliży się do Was.” (Jk 4,8)

Uderzyło mnie to, bo pasowało idealnie do mojej sytuacji, tego że nie odczuwałam obecności Boga. Oczywiście próbowałam sobie to wytłumaczyć tak, że pewnie fragmenty są uniwersalne i pasowałyby do każdego, ale po przeczytaniu innych, okazało się, że wcale tak nie jest. Nie trafiłam też na nikogo z tym samym cytatem co ja, więc było ich sporo, a jednak dostałam właśnie ten. Poczułam się jak kretynka, przy której stoi Jezus, macha jej przed oczami, trzęsie za ramiona, a ona udaje, że go nie ma.

We wtorek udałam się na modlitwę wstawienniczą. Po raz pierwszy na niej nie płakałam. Dostałam cytat:

"Synu, daj mi swe serce
dróg moich niech strzegą twe oczy" (Prz 23,26)

Wstałam, kiedy jedna z tamtych dziewczyn zapisywała mi werset na obrazku. Już miałam odchodzić kiedy powiedziała:

- Szczególnie czułam, że Bóg chce ci powiedzieć: kocham cię, moje dziecko. Wiesz co, zapiszę ci to też.

Momentalnie napłynęły mi łzy do oczu. Tak nagle. W jednym momencie poczułam się podła jak nigdy. Wcześniej, myśląc o swojej relacji z Bogiem myślałam tylko o sobie, o tym, że tracę, będąc daleko od Pana. Wtedy zmieniłam punkt widzenia, jak to musi boleć, kiedy ktoś wciąż się od ciebie odwraca? Przecież ja tak lubię pomagać ludziom, jak mogłam tak krzywdzić kogoś, kto mnie kocha? Poczułam się jak najgorsze dziecko na świecie.

Cała środa była z bratem Pawłem. Myślałam o tym, że zawsze polegam na sobie, że nie modlę się o to, żeby coś mi się powiodło i za każdym razem przestaję wierzyć, bo szukam sobie na siłę wytłumaczeń na wszystko, argumentów, że Bóg nie istnieje, pomimo że miałam tak jednoznaczne doświadczenia z nim!

Wieczorem była spowiedź, na którą bardzo czekałam. Pragnęłam tego niesamowicie. Po usłyszeniu mojej całej opowieści, o tym jak odchodzę i wracam, brat powiedział, że jest dalszy ciąg przypowieść o synu marnotrawnym, gdzie syn znowu odchodzi, znowu wraca i tak aż do śmierci, kiedy ledwo udaje mu się dotrzeć do domu i  jeżeli te wszystkie oddalenia uświadomiły mi, jak bardzo potrzebuję Boga to były tego warte.

Potem wysłałam mojemu koledze sms o treści: „Byłam u spowiedzi iiii jestem mega szczęśliwa”. Dostał go siedem razy. Ja nic nie mówię, ale wiecie, że to boska liczba, oznaczająca zupełność?

Nabożeństwo czwartkowe trwało wyjątkowo aż do drugiej w nocy, bo dostawaliśmy świeczki, z którymi szliśmy wszyscy do błogosławieństwa, a następnie wpisać swoje imię i nazwisko do świętej księgi. To było po prostu piękne.

W piątek znowu udałam się na modlitwę wstawienniczą, powiedziano mi, że Bóg chce mi przekazać, żebym słuchała go z większą pokorą czyli dokładnie to, o czym rozmyślałam przez ostatnie dwa dni. Dokładnie o tym.

Jak już wspominałam wcześniej, piątkowe nabożeństwo było naprawdę magiczne, dosłownie Duch Święty wisiał w powietrzu.


No i wszystko zakończyło się w sobotę. Z perspektywy czasu, w porównaniu z moim pierwszym Wołczynem, widzę ogromną przepaść. Zmieniłam się niesamowicie, dorosłam. Moje oczekiwania wobec spotkania były zupełnie inne, zrozumiałam 1 000% więcej niż za pierwszym razem. Wiem już, że można się wymądrzać i opowiadać jakim to jest się panem swojego życia, a jak przychodzi co do czego, w obliczu Boga, szczęki opadają i wszystko staje się jasne. Wiem też, że nie da się jechać na samych emocjach, wiara to rozum, więc tak, świadomie wybieram Boga i poświęcenia jakie są z tym związane.


Nie bój się

Może po przeczytaniu tego wszystkiego coś cię tknęło. Może brakuje ci czegoś w życiu, ale nie wiesz czego. Ja zawsze byłam otwarta na nowe doświadczenia, więc nie czułam presji, że ktoś może mnie wyśmiać, bo przecież panuje przeświadczenie, że chrześcijaństwo jest passe, ale wiem, że to może hamować wielu z was przed takim spotkaniem i wcale się nie dziwię, bo rówieśnicy potrafią być naprawdę wredni. Jednak pojedź tam, nie z zamiarem koniecznego nawrócenia, bo nikt nie będzie cię zmuszał do wiary. Pokażemy ci po prostu jak jest. Nie chcesz przekonać się tego na własnej skórze? A może po prostu pójdź do kościoła i otwórz się na działanie Boga, odciąż swoje barki i daj jemu cię poprowadzić, słuchaj, bo naprawdę jest kogo. Wierzę w to.

Jeżeli potrzebujesz rozmowy to wal do mnie w dym, jakiekolwiek jest twoje nastawienie, bo służę pomocą: ask, gochat, fejs.

Dziękuję!

Braciszkowie, jesteście po prostu kochani! Nie wiem co bym bez was zrobiła, słowa nie wyrażą mojej wdzięczności. Pamiętam w modlitwie. 

I znowu piszę w pośpiechu! Czekajcie jeszcze na część trzecią, będzie bonus track! 

niedziela, 20 lipca 2014

Jezus Cię kocha! cz. 1

A więc jestem! Wczoraj wróciłam ze Spotkania Młodych w Wołczynie pt. „Żyj Nadzieją!”. Tak, dobrze zrozumieliście, jest to spotkanie młodzieży chrześcijańskiej. Tak, modliłam się CALUTKI TYDZIEŃ. Tak, było po prostu bajecznie i niech nikt z was nie doszukuje się w tym cienia sarkazmu.

W kilku słowach wstępu, tak żebyście zrozumieli moją dalszą opowieść, wytłumaczę wam jak tam trafiłam i o co w tym wszystkim chodzi. To będzie długa notka, przepraszam, ale dotrwajcie do końca, bo warto. Bardzo mi na tym zależy.

W życiu nie ma przypadków

Po raz pierwszy pojechałam do Wołczyna dwa lata temu. Dowiedziałam się o nim od kapucynów, którzy przyjechali do nas na rekolekcje, już wtedy poczułam bijącą od nich niesztampowość. Ostatecznie namówiły mnie koleżanki. Miałam niespełna 15 lat i nijak obchodził mnie Bóg. Zwyczajnie nie miałam żadnych dylematów, czasem szło się do kościoła, czasem nie. Wtedy cała ubierałam się na czarno, nosiłam glany i pieszczochy. Znacie to na pewno, a połowa z was też przez to przechodziła lub nadal siedzi w klimacie. Tego roku na Wołczynie grała Luxtorpeda i koncert tego zespołu był moją jedyną motywacją oraz oczekiwaniem wobec całego spotkania.

Pojechałam i coś poczułam. Niewiele rozumiałam, nie wszystkiego słuchałam, ale chociaż poczułam. Na początku chodziłam do kościoła regularnie, ale z czasem to wszystko się rozpłynęło i zostało jedynie wspomnienie o magicznych doświadczeniach. Przyświecała mi myśl, że nawet jeżeli Boga nie ma to Bogiem mogę nazwać atmosferę, która panuje na tym spotkaniu. Kolejnego roku przyjechałam jako osoba niewierząca, ale jednak przyjechałam, bo nie mogłam się doczekać, aż znowu będę mogła poczuć to „coś”. Liczyłam, że odnajdę odpowiedzi na nurtujące mnie wątpliwości.

Uwierzyłam, a potem odjechałam i z upływem czasu, jak ostatnia kretynka, znowu pozwoliłam się temu zawalić! ZNO-WU. W tym roku, już trzeci raz, pojawiłam się tam przekonana o istnieniu Boga, ale bezradna, niepotrafiąca pielęgnować wiary. I o to teraz jestem, bogatsza w wiedzę i Ducha Świętego. Zrozumiałam, że w życiu nie ma przypadków.

Z czym to się je?

konferansjerzy w akcji na otwarciu spotkania
Spotkanie młodych w Wołczynie to coroczny zjazd młodzieży chrześcijańskiej, trwający od poniedziałku do soboty. Wpłacamy 50 zł, dostajemy identyfikatorek, śpimy pod namiotami, myjemy się w korytku (jak na Woodstocku, ha!) i ogólnie mówiąc – radujemy się! Ach, no i w ten tydzień wyrabiamy całoroczną normę chodzenia do Biedronki. Nie żartuję. Typowy dzień (o ile cokolwiek na Wołczynie może być typowe) mniej więcej wygląda tak, że rano, pod wodzą konferansjerów śmieszków robimy jakieś dziwne wygibasy na rozgrzewkę, modlitwa poranna, dwie konferencje z gośćmi, często są to świadectwa, spotkanie w grupach, wieczorem koncert, a na koniec nabożeństwo. To nie brzmi zachęcająco, ale proszę nie wyłączać odbiorników, bo przybliżę wszystko po kolei!

Ale najpierw…

Trochę o najukochańszych braciszkach kapucynach!

Ja jestem całkiem szalona, serio, ale oni, ci goście, oni mnie przerastają! Mamy w głowach utrwalony obraz osoby duchownej jako takiej, która udaje obraz wszelkich cnót i tylko szuka poklasku. Bracia kapucyni są tego zupełnym przeciwieństwem. Ich uśmiech ma w sobie tyle miłości, czystej radości, do tego są niesamowicie pracowici i zabawni. Dostali to wszystko od Boga i dalej przekazują to nam. Dlatego właśnie atmosfera na Wołczynie jest tak wyjątkowa. Tam zacierają się granice między ludźmi. Wszyscy śpiewają, tańczą i cieszą się. Bracia w swoich brązowych habitach i sandałach wbijają na scenę i grają rocka albo pajacują przed nami, tańcząc i rzucając śmiesznymi tekstami. Nie tworzą żadnego dystansu, nie robią z siebie żadnych sztucznych świętości. Są ZAWSZE dla ludzi. Ja w tym roku robiłam pogo z kapucynami, czaicie? Żeby było tego mało, robiłam pogo z SIOSTRAMI ZAKONNYMI! Prawdziwe pogo. Widzieliście kiedyś coś takiego?

Kościół tworzą ludzie

Tam wszyscy są tak sympatyczni. W głupiej kolejce do korytka możesz do kogoś zagadać i rozmawiać z nim, jakbyście znali się od zawsze. Na jednym z nabożeństw bracia kazali nam się przemieszać, a potem opowiedzieć osobie obok jak się tutaj znaleźliśmy. Niektórzy płakali. Cudownie jest tak podchodzić do ludzi bez uprzedzeń i nigdy nie bać się odrzucenia, bo wiemy, że otrzymamy zrozumienie. A wiecie co robimy na znak pokoju? Przytulamy się! Oczywiście nie myślcie sobie, że jadą tam tylko tacy, którzy wyleżeli krzyżem regulaminowe siedemdziesiąt siedem godzin. Mnóstwo osób tam jest poszukująca lub nawet niewierząca. To nie ważne, kochamy wszystkich równie mocno.

Spowiedź

spowiedź
Uroczysta spowiedź odbywa się w środę, ale tak naprawdę przez cały tydzień, kiedy tylko chcesz, możesz złapać któregoś brata i go poprosić. To jest coś niesamowitego. Po prostu siadasz sobie z nim twarzą w twarz i mówisz. Mówisz to, co trudno ci przyznać nawet przed samym sobą. Bez jakiś śmiesznych formułek. Prosto z serca. Wiesz, że nie zostaniesz potępiony, czujesz ten ogrom zrozumienia i życzliwości. To jak rozmowa z najlepszym przyjacielem na świecie. W jednym momencie wszystko puszcza, choć wcześniej nie sądziłeś nawet, że byłeś aż tak przytłoczony swoim życiem, zaczynasz płakać. Wszyscy płaczą. To nic, bo braciszkowie mają chusteczki.


Koncerty

koncert Armii
O tegorocznych koncertach za wiele nie powiem, bo na wszystkich siedziałam w białym namiocie, gdzie z pomocą brata Michała, w tym czasie odbywały się dodatkowe, żywe dyskusje między uczestnikami. Jedynym, na którym byłam to występ Kapeli czyli zespołu kapucynów (czujecie tę grę słów, hę?) i naprawdę się ubawiłam. Współbracia porobili kolorowe transparenty z napisami „lovciam Kepelę” albo „Kapela jest the best”.


Co roku jest jeden taki największy koncert i tak jak kiedyś mnie przyciągnęła Luxtorpeda, tym razem była to Armia. Przez cały tydzień bawimy się do rapu, poprzez reggae, na rocku i metalu kończąc. Jak jest rap to wszyscy się bujamy, a jak metal to pogo na całego. Nie ma nudy, jakby to się mogło wydawać na spotkaniu chrześcijańskim. 


Uff! Dobrnęliście do końca? To w takim razie zapraszam na część drugą, bo to dopiero przedsmak! Wybaczcie  ewentualne niedociągnięcia, ale mam tyle do powiedzenia, a piszę w pośpiechu.

Pozwoliłam sobie pożyczyć zdjęcia ze strony spotkania, mam nadzieję, że nikt nie będzie na mnie zły, w końcu to dla dobra Królestwa Bożego. Tym razem szczególnie proszę o pytania na asku, można się umawiać na gochat, zwyczajowo czekam na waszą reakcję również na fejsie. Piszcie z wszelkimi wątpliwościami, nie ma głupich pytań.

piątek, 4 lipca 2014

Widziałaś tego cudoka, Halinka?







Tydzień temu przefarbowałam włosy na fioletowo. Chciałam, żeby to był najfioletowszy fioletowy jaki tylko może. I jest. I dobrze mi z tym.

Od dawna fascynują mnie kolczyki, tatuaże i oryginalne fryzury. Co najmniej od dwóch lat marzyłam o tak odważnym kolorze włosów. Jestem bardzo stabilna w uczuciach, rozważna i zdecydowana w podejmowaniu decyzji, dlatego uwielbiam takie modyfikacje wyglądu. Dają mi dawkę tego bezpiecznego ryzyka. Dodatkowo, jeżeli czegoś chcę, jeżeli coś sobie postanowię, idę prosto do celu. Moje włosy są na to podwójnym dowodem, ponieważ jest to nagroda, którą ustanowiłam sobie za zrzucenie sześciu kilogramów, czyli pokonanie mojego największego diabła. Mam nadzieję wspomnieć o tym szerzej w najbliższym czasie, bo naprawdę jest o czym.

Wiecie jaką ludzie robią minę, gdy mówicie im, że idziecie farbować włosy na fioletowo? Prześmieszną! Takie zdziwione gały. WSZYSCY. Po fakcie to już bywa różnie. Nie powiem, niektórym się podoba, spotkałam się z wieloma pozytywnymi reakcjami. Jednak często i gęsto trzeba być przygotowanym szczególnie na te negatywne. Ja chciałam tego niezależnie od efektu. Wolałam zaryzykować i sprawdzić jak będzie, niż nigdy nie zrealizować swojego pragnienia. Zresztą to tylko włosy.

Bardziej negatywne reakcje dotyczą mojego tunelu. Mały, bo mały, ale dziura na wylot całkiem widoczna. Często jest tak, że ludzie zauważając go, zmieszani napomkną „no wiesz, NIE OBRAŹ SIĘ, ale mi OSOBIŚCIE… no TAK ŚREDNIO się to podoba…”. Proszę was, miejcie jaja, bo ja mam. Nie wstydźcie się swojej opinii. Byłabym naiwna, oczekując powszechnego poklasku dla mojej fryzury, wszystkich obecnych i przyszłych kolczyków oraz planowanych tatuaży. Zdaję sobie z tego sprawę i nie uraża mnie to ani trochę. Hej, tobie nie podoba się mój tunel, a mi twoje buty, ale jakkolwiek szkaradne będą, nie obchodzi mnie to. Nie wstydzę się z tobą wyjść na ulicę, bo jesteś fajny i cieszę się, że masz buty, które ci się podobają.                                                                                                                                                           
Ty decydujesz o tym jak odbierają cię inni. Sygnalizujesz to swoją postawą. Wystarczy odrobina nieskrywanej pewności siebie i dostajesz od ludzi podświadome przyzwolenie społeczne na więcej niż inni. Nie ważne co, ale kto i jak. Rozumiesz? Taka trusia, która nie ma żadnych znajomych i nikt jej nie lubi, cokolwiek powie, zawsze na nią krzywo spojrzą, zawsze wyśmieją jak się wychyli, a ten najfajniejszy może zrobić coś totalnie odklejonego od normy i wszyscy zapragną tego samego. Wcale nie dlatego, że ma fajniejsze pomysły. Po prostu on wierzy w to, że jest fajny.

Uwielbiam odważne modyfikacje ciała i bronię przed innymi takie osoby, jeżeli w parze idzie zdrowy rozsądek. Zabiegi zawsze powinno przeprowadzać się u profesjonalistów i stosować się do ich zaleceń. Trzeba również uważać, aby nie przekroczyć cienkiej linii pomiędzy wyrażaniem siebie, a zasłanianiem się.

Inną kwestią jest uzależnienie od czasu i miejsca. Świat się zmienia i na szczęście wraz z nim podejście pracodawców, ale są takie zawody, gdzie kategorycznie ludzie o wyzywającym wyglądzie nie pasują i trzeba to respektować, chodzi na przykład o pracowników administracji. W przypadku moich rówieśników i osób jeszcze młodszych, sądzę że powinniśmy uszanować wolę naszych rodziców. Moi pozwolą mi zrobić sobie kolczyk na twarzy dopiero po ukończeniu osiemnastego roku życia, pomimo że truję im o tym od lat. To dobre podejście, pewien kompromis, bo ani trochę nie podobają im się takie rzeczy, ale wiedzą, że mogą mi zaufać, stawiając takie ultimatum. Zrobię to i tak, ale bez problemu poczekam i dzięki temu moja decyzja będzie przemyślana. Przecież wszystko jest dla ludzi, ale świadomych ludzi i w swoim czasie.
Podsumowując! Jeżeli nie lubisz się wyróżniać z tłumu, wszystko w porządku, tacy też są potrzebni, a jeśli w skrytości serca marzy ci się szalony kolor na włosach, tatuaż czy kolczyk, ale bardzo przejmujesz się opinią innych, nie rób niczego pochopnie, bo kolejny tydzień możesz spędzić na płaczu. Jeśli lubisz ryzykować, masz gdzieś co sobie pomyślą ludzie oraz zdajesz sobie sprawę, że coś może wyglądać nie tak jak chciałeś to go for it, ale pewnie nawet nie muszę cię do tego namawiać. Natomiast zachęcam wszystkich do pracy nad sobą i to nie tylko pod tym względem. W obie strony i na wielu płaszczyznach. Bądźmy tolerancyjni dla innych, starajmy się wyciągnąć z nich co najlepsze i najważniejsze oraz nie bójmy się mieć własnego zdania i własnych upodobań. Nie oglądajmy się wiecznie na innych, sprawmy aby oni wpatrywali się w nas. 

I pamiętajcie: "tylko wariaci są coś warci"!
Gorąco zachęcam do zadawania pytań na asku, komentowania czy pisania do mnie na fejsie, dajcie znać co sądzicie, każda wskazówka jest dla mnie ważna. Nie zapomnijcie też udostępnić znajomym, jeżeli wam się podoba :)

środa, 25 czerwca 2014

Non omnis moriar

Dziś jest 25 czerwca, dokładnie piąta rocznica śmierci Michaela Jacksona, więc na dobry początek, trochę o jego nowej płycie. Niedawno, we współpracy z najlepszymi amerykańskimi producentami, wydano krążek, zawierający niepublikowane wcześniej utwory Króla Popu.

phot. Epic Records
Prawie wszystkie piosenki z tego albumu znałam od lat w wersjach demo, które krążyły po Internecie. Większość z nich bardzo sobie ceniłam, ponieważ były całkiem smacznym kąskiem dla fana, który zna już na pamięć każdy dźwięk i każde słowo z oficjalnej dyskografii Michaela, a słyszalne niedociągnięcia tylko dodawały im archiwalnego klimatu. Kto się naprawdę interesował to znał.

Album Xscape jest dobry na dzisiejszy rynek muzyczny, ale niegodny Michaela. Mocno słychać, że to nie on sprawował pieczę nad dopieszczaniem tych utworów, w większości przypadków samo demo, które nagrał brzmi lepiej niż dokończone kompozycje. Nieważne jaką muzyczną osobistość zatrudniliby do pracy nad tymi piosenkami, ona nigdy nie będzie w stanie dorównać jego indywidualnemu geniuszowi. Z tego mogą być hity, ale nic co przejdzie do historii, tak jak wiele wcześniejszych utworów Michaela. Ta płyta tylko plugawi całość jego dorobku artystycznego.

Dodatkowo, nie mogę wypowiadać się za Mika, ale osobiście, gdyby ktoś po mojej śmierci znalazł moje niedokończone wiersze, poprzestawiał wersy, dodał kilka słów i wydał pod moim nazwiskiem to chyba bym go nawiedzała w nocy. Powszechnie wiadomo też, że Michael był wyjątkowym perfekcjonistą, potrafił cały gotowy materiał wyrzucić do kosza, jeżeli nie był z niego zadowolony. Piosenki z Xscape nie bez powodu pozostawił niepublikowane.

Pozostaje też kwestia „występu Michaela” na tegorocznych Billboard Music Awards. Ponoć użyto jego własnego hologramu. Nie chce mi się wierzyć, bo jest na tyle podobny, co każdy pierwszy lepszy sobowtór. Być może to fajne, że dzięki dzisiejszym zdobyczom technologicznym można sprawić pozory jak gdyby był żywy, ale to niszczy naturalną koncepcję przemijania, która zawsze odgrywała znaczącą rolę w sztuce na przestrzeni wieków. Piękno chwili polega na tym, że już nigdy nie wróci, a my, ludzie XXI wieku, coraz bardziej upieramy się na to, żeby ją zatrzymać na zawsze, przez co często zapominamy cieszyć się nią, gdy naprawdę trwa.

Ale! Co z tego? Przecież zawsze chodzi tylko o pieniądze, a na nieboszczyku to już bajecznie rżnie się kasę, bo nie zaprotestuje. Podsumowując, jeżeli miałabym wybierać to raczej wolałabym, żeby ta płyta nie powstała, ale to nie moja wola i jedyne co mogę zrobić to postawić grubą kreskę już pomiędzy Invincible, a Michael.

Dzięki za wszystko, Mike.

A jutro będzie szał, nie mogę się doczekać!

piątek, 20 czerwca 2014

Witam serdecznie

Zapewne jesteś tu tylko dzięki bezmyślnemu kliknięciu w link, który udostępniłam na fejsie. Nie scrolluj, nie uciekaj! Jeżeli już się tu spotykamy, przekuj w coś pożytecznego tę powierzchowną ciekawość. Przyznaj, że nawet obrazki na 9gagu (albo kwejku, bo nie umiesz angielskiego, hihi) pomijasz, gdy  jest za dużo czytania. Nie bój się słowa. Daj się zatrzymać.

Od dłuższego czasu zastanawiałam się nad założeniem bloga. Nareszcie znalazłam czas i motywację - za cel obrałam sobie poprawę mojego warsztatu. Ćwiczenie na przyszłość, do tego też całkiem fajna zabawa, a jak ktoś przy okazji będzie czytał moje wypociny to już w ogóle szał!

O czym? O czym tylko zechcę, bo ja tu dyktuje zasady i podoba mi się to. Będzie mnóstwo kontrastów, przedstawionych w różnych formach, ale zawsze ciekawie. Dużo treści, ale podanej tak, że bez problemu ją sobie lekko łykniesz.

Sądzę, że przyda się na początek też kilka słów o etymologii mojego nicku, a co za tym idzie adresu bloga. Jestem bardzo sentymentalna i lubię nadawać symboliczne znaczenie, więc Billie od Billie Jean Michaela Jacksona, a Sparrow (z ang. wróbel), jak łatwo się domyślić, zostało zapożyczone od pirata Jacka Sparrowa. Nawet ta codzienność nie jest przypadkowa! Wzięła się z mojego starego powiedzonka. Po prostu, gdy ktoś łapie nad czymś taką smutną zawiechę, patrząc w jeden punkt, ja wtedy mówię: „[tu wstaw dany przedmiot] codzienności”, ot co. No wiem, suche. Taka ze mnie śmieszka humanistka.

Co do wyglądu bloga, no Wordpress to nie jest, ale co poradzić, będę musiała obronić się treścią. Chociaż jest chyba całkiem ładnie, co? Po prawej są podlinkowane moje inne miejsca w sieci. Szczególnie gorąco zapraszam O TUTAJ – na mojego tumblra z wierszami i luźnymi przemyśleniami. Bardzo skondensowana forma, ale myślę, że całkiem wartościowa.



Zostań tu ze mną, bo warto. Będzie fajnie, obiecuję.


Here we go!