sobota, 22 listopada 2014

Czesław Śpiewa - spójna niespójność



Byłam wczoraj na koncercie Czesław Śpiewa we Wrocławskim Starym Klasztorze. Czekałam aż zespół pojawi się w okolicy, bo od pewnego czasu spędzaliśmy we dwoje owocne wieczory… no dobra, w trójkę, było też Spotify.
          


Przemilczę ten trzydziestominutowy poślizg! Zastanawiam się czasem jak organizowane są koncerty, czy oni już wliczają spóźnienie, tak jak w kinie wlicza się piętnaście minut reklam?

Miejsce bardzo klimatyczne. Sala gotycka – cegła i sklepienia krzyżowe – uwielbiam taki klimat. Na scenę wychodzi zespół. Basista, ubrany w stylu nonszalanckiej ekscentryki, akordeonista w koszulce niczym majtek na statku, bębniarz o włosach, których zazdrościłaby niejedna dziewczyna. W centrum stoi Czesław, jakieś tam spodnie, jakaś tam koszulka, rozkosznie opinająca jego brzunio, no i czapka z daszkiem.

Mówi, że można komentować, ale też nie jest obciachem zwrócić komuś uwagę, żeby był cicho – za to wielki plus. Zaczyna się. Nareszcie. Wyczekane, wystane. Mogę ich mieć.
              
Całość to nie jest tylko koncert, to jest spójny występ. Czesław dużo mówi i po polsku do publiczności, i po duńsku do swoich kolegów. A to zagra na klawiszach, a to na akordeonie czy instrumencie, którego nazwy nie znam i być może nigdy nie poznam. Przycupnie, zatańczy, podwinie koszulkę (och, ten brzunio), a mikrofon to rozwali z emocji!
  
źródło: wikipedia

Stałam może dwa metry od sceny i ani chwili nie oderwałam od niej wzroku, na przemian uśmiechając się lub przygryzając wargi ze skupienia. To było świetne. Dynamika, słowa których nie da się zrozumieć, wręcz hałas. Chaos. Po to, żeby już za chwilę nastała zupełna cisza i można było odśpiewać coś przy harmonijnych dźwiękach fletu oraz dzwoneczków. Wachlarz emocji.

Sam Czesław mówi, że teoretycznie jego muzyka nie powinna podobać się ludziom o dobrym guście muzycznym. I ma rację. To wszystko jest tak nieuporządkowane, jak gdyby tysiące myśli chciałoby zostać wypowiedziane naraz. Zastanawiam się na ile całość jest przemyślana, a na ile to dzieło przypadku.

Image zespołu jest niespójny, „ładni” to oni nie są, Czesław więcej „melodyjnie recytuje” niż śpiewa. Ale kogo to obchodzi? Komuś to przeszkadza? Bo mi nie. Paradoksalnie, swoiste pasmo sprzeczności i nawał wszystkiego naraz, stają się spójne w swej niespójności. To pokazuje jak niejasna jest recepta na sukces. Może po prostu trzeba robić to co się czuje? Tak buduje się wyjątkowość, jaką Czesław Śpiewa bezsprzecznie posiada.

Wczorajszy wieczór był ucztą dla mojego artystycznego głodu. Tego chciałam.

No koniec dodam, że najnowsza płyta zespołu „Księga Emigrantów. Tom I” jest znakomita i przejdę się po nią do sklepu, a co! Przesłuchajcie ją, a potem dodatkowo przeczytajcie. Orientuję się trochę w temacie emigracji i sądzę, że to dobry komentarz problemu.