niedziela, 15 listopada 2015

Czesław Mozil nie powinien grać koncertów

Lubię Mozila. Nie tylko dlatego, że daje nadzieję, iż z moim brzuszkiem też mogę być atrakcyjna. Czesław, w całym swoim wizerunku, łączy obciach z zajebistością, rynsztokowe anegdotki z ważnymi ideami, spontaniczną bezpośredniość z najszczerszą prawdą, wiejskie przyśpiewki z kulturą wysoką. Lubię to, bo się utożsamiam.


Jak zawsze roztargnione, jechałyśmy spóźnione na wczorajszy koncert. Dopiero robiąc ostatni zakręt, moje przyjaciółka zapytała:
- Ale to bez zespołu?
- Nazywa się Solo Act, więc tak by wynikało.

*

Byłyśmy nastawione na powtórkę zeszłorocznego koncertu, gdzie zespół wystąpił w pełnym składzie, to też mocno zdziwiłam się, kiedy po wejściu do budynku, nie usłyszałam żadnej muzyki, a sala koncertowa okazała się być teatralną. Elegancko, nie muszę się pocić, przepychać i przedeptywać w miejscu obolałymi nogami, kiedy już zdobędę miejsce pod sceną. Takie koncerty mnie męczą, mam starą duszę.   

*

W ciszy przeszłam wzdłuż siedzeń i usiadłam w pierwszym rzędzie. Czesław przerwał, zwracając się do mnie:
- Korki?

„Tak, w mojej łazience” – dodałam sobie w myślach



Nie tak łatwo być Czesławem 

Ludzie pytają, kim chcę zostać w przyszłości. Odpowiedź ma być jasna, krótka, zrozumiała. Inaczej uznają mnie za naiwną, leniwą, niedojrzałą. Bo przecież prawdziwa praca ma uciskać. A ja zwyczajnie nie mam potrzeby nazywać się kimś innym, niż już jestem. Sobą. Lubię robić dużo rzeczy, dlaczego nie wystarczyłoby je doszlifować i wykorzystać na różnych polach? To właśnie robi Czesław Mozil, zamieniając swój koncert w monodram - teatr jednego aktora. Jest charyzmatyczny, lubi, a nawet potrafi, gadać, śpiewać i grać, więc robi to wszystko, bawiąc się przeróżnymi formami przekazu, a dla ciebie nieistotne jest, czy czytasz jego wywiad, czy post na fejsie, czy książkę, czy przyszedłeś na koncert. Jesteś tam, bo to on. Dlatego kiedy przychodzisz na koncert, gdzie okazuje się, że artysta prawie nie śpiewa, to niczemu nie ujmuje. Całe show, polegające na byciu Czesławem, jest wystarczająco dobre. Wbrew pozorom, to nie jest pójście na skróty w życiu. Chylę czoła przed ludźmi, którzy wypracowali sobie markę na własnym nazwisku.


Ekshibicjonizm jest fajny

Solo Act od pierwszej chwili burzy mur między sceną a publiką. Reakcja na moje spóźnienie ilustruje specyfikę tego koncertu. Brak tam sztywnego scenariusza, ale też nie ma zupełnej improwizacji. Czesław wie co, i w jakiej formie, chce powiedzieć, a do tego ma wrodzoną umiejętność spontanicznego dopasowywania tego do nieprzewidywalnych okoliczności. Ja to znam i ja to uwielbiam. To uczucie, kiedy człowiek, na pełnych obrotach, wyżywa się, wypruwa i podaje swoje flaki w sposób trochę inny, niż kiedy nikt nie patrzy, bardziej atrakcyjny. Co nie ujmuje mu ani grama wiarygodności.

Ta szczerość i kameralność powodują, że chciałabym zaprosić go na piwo, powiedzieć, jak wpłynęła na mnie emigracja ojca, że ja też mam przyjaciół ateistów i wstydzę się czasem zachowania pierwszoligowych katolików, że niedługo wyprowadzam się z tej dziury i tak naprawdę, trochę się boję. Zapytać, czy telewizja jest aż tak słaba, za jaką ją uważam, i co lubi jeść na śniadanie. Z pozoru śmieszny występik, zbliża oraz skłania do przemyślenia śmierdzących spraw.


Daję lajka i szera

Są rzeczy, które zachwycają tak bardzo, że chcesz pokazać je wszystkim ważnym ci osobom. Choćby na siłę, usadzisz przyjaciół, rodzinę i będziesz kazał im dobrze się bawić. Kiedy zauważysz, że zagłębili się w telefonach komórkowych i własnych myślach, zadasz sobie pytanie: JAK MOŻECIE SIĘ TYM NIE ZACHWYCAĆ?! TO JEST TAKIE GENIALNE, a oni mają w głowach tylko jutrzejszego schabowego. Do tej pory robiłam tak ze Smyczą w Teatrze Polskim, teraz chcę to zrobić z Solo Actem. Pokazać wszystkim, których lubię i sprawić, żeby się cieszyli. Pokazałabym go nawet mojej mamie, pomimo tego, że za każdym razem, kiedy włączam Czesława, wrzeszczy, żebym wyłączyła to męczenie. Żadna przeszkoda, będzie jej się podobać, bo akurat lubi Madonnę, do której Mozil robił wczoraj playback.

Czesław nie powinien grać koncertów w tradycyjnym rozumieniu. I tego nie robi.  

______________________________________________________________

Tutaj widujemy się z potrzeby duszy, ale regularnie na YT. Nowy filmik już w montażu! Na fejsie jestem 24/7, nieustannie do waszej dyspozycji. Proszę subskrybować i lajkować. 

Przesyłam dużo buziaków, dla każdego, kto przeczytał. Jeżeli pominąłeś środek, bo stwierdziłeś, że za długie, wstydź się. Nie myśl sobie, że ja nie wiem.

niedziela, 11 października 2015

Nie bój się być artystą

Obserwując różne dziedziny życia społecznego, widzimy, że łatwo nam jest tak sortować na lewo i prawo, ale niestety, świat nie jest czarno-biały. Abstrahując od tego, iż założenie, że humanistą jest ten, który nie będzie potrafił policzyć, ile tapety potrzebuje na remont sypialni, jest wysoce krzywdzące, to dobrze, kiedy opowiadasz się po jednej lub drugiej stronie. Wtedy szkoła z uciechą przybije ci na czole pieczątkę „gwarancja normalności” i nikt nie będzie się czepiał.

Do niedawna sądziłam, że jestem humanistką. Od zawsze byłam na bakier z liczbami, więc wizja kariery inżynierskiej nigdy nie przyszła mi na myśl. Dlatego też, dałam wpędzić się w przeciwną szufladkę. Lubimy dzielić ludzi na tych, którzy matematykę rozumieją, czyli „ścisłowców”, i na tych drugich – debili. Przepraszam, miałam na myśli humanistów, ale znając powszechną opinię o nich, szacuję, że niedługo zaczniemy używać tych określeń zamiennie.

Często słyszę: „Ty pewnie lubisz takie pamięciówki, daty ci wszystkie wchodzą do głowy – z ciebie jest prawdziwa humanistka!” Wiesz… nie. Nie mam pojęcia, kiedy i w jakich okolicznościach zawiązała się Unia Lubelska, choć uczono mnie o tym co najmniej trzy razy. Nie znoszę „pamięciówek”, nie umiem się na nich skupić, bo uważam je za stratę czasu. Mam lepsze, własne rzeczy do robienia. Zapamiętuję tylko to, co jest dla mnie inspiracją, stąd wiem, że Franz Kafka pracował w ubezpieczalni i znam wszystkie daty, dotyczące życia Michaela Jacksona, choć nigdy świadomie nie postanowiłam ich zapamiętać.

Głównie zamiłowanie do pisania, omylnie zasugerowało mi bycie humanistą. Jednak z czasem zauważyłam, że moje zainteresowania rozwijają się w inną stronę. Tak jak lubię pisać, tak też nagrywać filmiki, śpiewać, mazać farbą, robić kolaże, gotować bez przepisów, tańczyć. Dobierać, komponować, modyfikować. Nie liczyć, nie zapamiętywać – W Y M Y Ś L A Ć - bo to, co kocham, to tworzenie! Siedzi we mnie maniakalne przemycanie pierwiastka siebie do otaczającego świata, nadawanie mu własnych emocji. Rozpraszanie cząsteczek, wynikłych w skutek wewnętrznych sporów, nawet jeżeli nie uważam ich za bezbłędne, ale godne. Jest to trochę egoistyczne, nie zaprzeczę, lecz nie mam z tym problemu. Choć to pretensjonalne określenie, jestem artystą. W wolnym tłumaczeniu: osobą, której naprawdę ciężko wpisać się w system szkolnictwa i nie tylko.

Społeczeństwo wymaga od ciebie, żebyś konkretnie nazwał swój przyszły zawód, np. „Mamo, będę górnikiem”. No i fajnie! Oczywiście masz być nim do końca życia, to chyba oczywiste, że nie wolno wychodzić spoza własnej strefy komfortu. Inne pomysły nie mieszczą się ludziom w głowach. Albo uważają je za niemożliwe, albo nic nie rozumieją z twoich słów.

Może nie znajdujesz swoich zainteresowań w szkole, odczuwasz wszystko ze zdwojoną siłą, przeskakujesz ze skrajnego ekstrawertyzmu w introwertyzm, wierzysz w idee, w które już nikt nie potrafi, jesteś o krok przed teraźniejszością, często z dala od rzeczywistości lub po prostu czujesz się trochę niestandardowy. Pocieszę cię, być może (podkreślam: może) nie jesteś pretendentem do szpitala psychiatrycznego. Sprawdź to koniecznie, bo co, jeżeli jesteś artystą?

Nie zmienisz całego systemu tak, żeby cię rozumiał, ale możesz spokojnie wybierać z niego to, co pomaga w twoim rozwoju. W szkole, zamiast poddać się tresurze rozwiązywania testów, notuj i zapamiętuj to, czego widzisz realne zastosowanie w swojej przyszłej karierze lub po prostu bardzo cię interesuje. Angażuj się w mniej rzeczy, ale na sto procent, stawiaj swoją pasję na szczycie priorytetów, a przede wszystkim, nie daj poddać się presji. Zrób to tak, żebyś za 20 lat nie ocierał łez niespełnienia stertami papierkowej roboty. Nie musisz żyć dla pracy ani pracować dla życia. Możesz pracować, bo uwielbiasz swoją pracę i równocześnie żyć pełnią życia. Jeżeli jesteś starszy i czujesz, że już minął twój czas na poszukiwania, nie skreślaj sam siebie. Nigdy nie jest za późno na realizację prawdziwej pasji, a zmiany są dobre.

Do tego wpisu zainspirowała mnie wiadomość od jednego z czytelników, który napisał, że od dłuższego czasu, cyklicznie powraca do mojego tekstu i wciąż czyta go od nowa. Poczuł te emocje, którymi sama delektowałam się przy tworzeniu. To jest absolutne spełnienie dla artysty, domknięcie kręgu wzajemnego nakręcania się i obcowania ze sztuką. Kiedy realizuję swoje pomysły, czas płynie szybciej, mogłabym zajmować się tym bez końca. Stąd wiem, kim jestem.  

Nie osiągnięcia czynią artystę. To nie tak, że będziesz mógł się nim nazwać po pierwszym Oscarze czy występie w filharmonii. Jedyny wymóg, jaki trzeba spełniać, to bycie sobą. Jeżeli wtedy czujesz, że nim jesteś, to jesteś. Kropka. Nie bój się tego przyznać. To powołanie pełne przywilejów i zarazem odpowiedzialności, a przede wszystkim, wbrew temu, co można by sądzić, ciężkiej pracy. Nie bój się jej podjąć, choćby wymagało to przejścia dalekiej drogi pod prąd. 

----------------------------------------------------

Tutaj będę sporadycznie. Częściej można znaleźć mnie na YouTube, a codziennie na Facebooku i Snapchacie (billie_sparrow). Buziaki. 

piątek, 7 sierpnia 2015

Oddech
















Biorę oddech. Na stopach czuję już dotyk rosy. Myślę o tym, że nieustannie pragnę i poszukuję. Chcę spontaniczności w stałości, ulotnych momentów, skrytych pod szarością rutyny. Potrzebuję czegoś, co zwali mnie z nóg i pozwoli zanurzyć się całej.


Biorę oddech. Mogę robić różne rzeczy, być w wielu miejscach, ale wszystko zyskuje na wartości dopiero, gdy dzielę z kimś oddech – własne intymności, nadzieje i starania. To nadaje wyjątkowości pustym miejscom, bezdusznym przedmiotom, przeciera zaparowane szyby, żebym w końcu mogła dostrzec sens. 


Biorę oddech. Emocje mieszają się we mnie niczym dobry koktajl. Czekam, aż ktoś wysiorbie go przez słomkę, do ostatniej kropli. Do ostatniego przecinka, ostatniej kropki.


Porwijcie tak kogoś. I dajcie się porwać. Życzę tego Wam wszystkim, bo każdy z Was na to zasługuje.


Ten krótki tekst pisałam długo, pod wpływem filmu „Paper Town”. Możecie, choć nie musicie go oglądać. Jest ładny, ale bez szału. Cara to jego najsłabszy element.

piątek, 26 czerwca 2015

Jak spędzić wakacje życia?

fot. Igor Zawodny



  
Dopiero wróciłam do domu. Jest późno i ciemno, a wciąż ciepło – idealna pogoda, żeby się zakochać. Podążam tanecznym krokiem w stronę bujanej ławki. Chyba wyglądam idiotycznie. Tak, potwierdzone info, wyglądam naprawdę idiotycznie. Zapuszczam w słuchawkach Disclosure, delikatnie odpychając się moimi różowymi Adidaskami od bruku. Dopiero teraz czuję, że moje muszę ograniczyło się do oddychania, siusiania i jedzenia. (Przede wszystkim siusiania – piję przepisowe kilka litrów wody mineralnej dziennie.) Powiem ci coś w związku z tym.


Jeżeli  przez ostatnie dziesięć miesięcy, uczyłeś się jak popierdolony i ćwiczyłeś na WF-ie, jakby mieli przyznać ci złote galoty, za wygrany mecz w koszykówkę, żeby rodzice nareszcie mogli poklepać cię po ramieniu, zamiast odbić czerwony pasek na dupie, a teraz postanawiasz się rozerwać – proszę bardzo! Jeżeli wolisz przerabiać materiał na następny rok – droga wolna! Może masz ambicje zostać największym zgonem tego lata – dajesz! Chcesz się nauczyć szydełkować? Zostaw te imprezy, wełna i jedziesz! A co, jeżeli nie chcesz robić nic? Śpij i wsuwaj fast foody! Może cieszysz się, że w końcu masz czas na rozwijanie swoich pasji i nic innego cię nie interesuje? Wyłącz wszystkie telefony, mesendżery i dąż do swojego celu!


Oczywiście, że ja, jak i wszyscy inni, uznamy cię za frustrata/oszołoma/debila/odludka/człowieka bez ambicji/naiwniaka. Ale wiesz co? Tylko nie mów nikomu... okey?

To nie ma żadnego znaczenia.


Zwykle poradziłabym wam, że najlepiej jest spisać w punktach zadania do zrealizowania, wstawać wcześnie rano i zdrowo się odżywiać, ale nie tym razem. Te dwa miesiące to jedyny czas w roku, którym możecie w pełni zarządzać. To jest tylko wasz czas. Wasze wybory, wasze decyzje – lepiej się przyzwyczajcie. Zróbcie wszystko to, co sami chcecie, cokolwiek to będzie. Tylko się przy tym nie pozabijajcie. O to zadbajcie. Byłaby wielka szkoda, gdyby Vroobelek stracił swoich szczątkowych czytelników. 


Ugh, one wróciły. 
Komary,
grr.

piątek, 29 maja 2015

Kręci mnie twój umysł



Nie zadurzam się zbyt często. Jeżeli facet jest przystojny, a nie nazywa się Ian Somerhalder, po prostu stwierdzam zdawkowo, że dobrze wygląda. Nie chce mi się nawet zwracać jego uwagi na siebie. Jednak jest taki jeden typ, którego szukać ze świecą długo i głęboko. To mnie bierze. Oj, jak mnie to bierze! Na amen.


Inteligencja

Niektóre dziewczyny lecą na piłkarzy, inne lubią skejtów, a ja, choć zawsze miałam słabość do artystów, zdałam sobie sprawę, że to nigdy nie było głównym kryterium moich wyborów. Kręciła mnie inteligencja, a ludziom, którzy ją posiadali, byłam w stanie wybaczyć wszystko. Czy to lenistwo, czy wzgardę drugim człowiekiem, nawet mną. Uwielbiałam ich błyskotliwe, cyniczne docinki i osobliwe poczucie humoru. Na szczęście dorosłam i tacy przebiegli inteligenci już dawno przestali mi imponować. Teraz kręci mnie towar wyjątkowo deficytowy.


Mądrość

Bingo. Wyższy poziom inteligencji, dokąd trafiają ludzie, którzy postanowili jej nie zmarnować. Choć naprawdę uwielbiam tańczyć, on nie musi być mistrzem, nie potrzebne mu wykrzykiwać, że jest we wszystkim najlepszy, ma mocną głowę i pięści (ale dłonie muszą być ładne, o tyle proszę), nie trzeba mu dwóch metrów, muskulatury czy niebieskich oczu Somerhaldera. To wszystko traci znaczenie, bo kiedy otwiera usta, okazuje się, że opowiada z zapałem o swojej pasji, jest absolutnym specjalistą w jakiejś dziedzinie i ma własne zdanie na wiele tematów. Co ja czuję, kiedy jego bogactwo językowe oplata moje uszy! Damn! To dlatego, że dużo czyta i słucha. Do tego obserwuje ludzi, wyciągając z tego wnioski, jego znajomość obrazów wykracza poza Bitwę pod Grunwaldem, a nader wszystko – traktuje mnie jak równego partnera w dyskusji.

… a kiedy zwraca uwagę na poprawność językową, ja już mdleję wewnątrz. Ja już mam mokro.


Cierpliwość

To cecha, której trzeba, jeżeli cierpi się na fascynację takimi osobami, tak mocno jak ja. Nie dość, że jest ich niewielu, nie pokazują swoich mocnych stron na zdjęciach, nie epatują nimi, mijając cię na chodniku. Musisz sama zatrzymać się i porozmawiać, a oni powiedzą ci wszystko o otaczającym świecie, jednak na długo pozostawiając swoje wnętrze w skrytości. Najciężej zdobyć zaufanie ludzi mądrych.


No ej, bo będę musiała zostać starą panną

Kochani chłopcy, jeżeli nie idzie wam podryw na grubych melanżach ani zupełnie nie odnajdujecie się na boisku, czytajcie książki, wypowiadajcie się składnie, traktujcie ludzi z szacunkiem, a w końcu znajdzie się ktoś, komu to zaimponuję.

Daję słowo.

czwartek, 28 maja 2015

W środę nie robię - przegląd rzeczy fajnych #14



Wróciłam wczoraj z wycieczki trochę martwa, więc przegląd jest dzisiaj. Środa w czwartek, czy kogoś to obchodzi? I tak byście nie zauważyli, gdybym wam nie powiedziała, ha.

Katedra Świętych Wita, Wacława i Wojciecha - znajduje się w Pradze i jest pię-kna. Neogotyk - miodzio. Te szczegółowe witraże i strzeliste wieżyczki, zachowujące umiar formy. Uwielbiam katedry od kiedy obejrzałam Dzwonnika z Notre Dame. Zdjęcia nie oddadzą okazałości tej budowli, więc musicie pojechać tam sami, a ja pojadę z wami, bo pani Śmieszka-przewodniczka, z jakiegoś powodu, postanowiła tylko stanąć na środku, truć piętnaście minut i wyjść, nie dając nam nawet możliwości obejścia katedry dookoła. 

Ciastko. Tak, to było fajne ciastko. Dopóki go nie zjadłam, łamiąc zasady nowych dwóch tygodni bez słodyczy. Miałam nadzieję, że dam radę, ale ostatecznie popłynęłam na tej wycieczce. Choć zachowałam odpowiednie pory posiłków i cały dzień jadłam same zdrowe rzeczy, wieczory mnie pokonały. No jak można żyć między ludźmi, którzy wpieprzają samą czekoladę i kabanosy? Najlepszy by się złamał!

Jednak dużo chodziliśmy, niemało po górach, więc jestem w stanie jakoś sobie to wybaczyć. Powiedzmy, że wyszłam na zero. 

Naprawdę chcę dociągnąć jeszcze te dwa pełne tygodnie, chociaż zaczyna się to robić jakoś coraz bardziej uciążliwe, chyba straciłam zapał i motywację. Postanowiłam, że zaczynam od dzisiaj nowe odliczanie czternastu dni. 

Czy piersi składają się tylko z sutków?  - o. mój. Boże. Co za debilny czelendż, niech on natychmiast przestanie się rozprzestrzeniać. Ten kretynizm zwrócił uwagę Janka na to, co uznawane jest za cenzurę, w przypadku kobiecych piersi. Ma on całkowitą rację.



Wyzwania YouTuberów są na porządku dziennym, ale to jest naprawdę wyjątkowe. Myślę o nim, jak o artystycznym performance'sie. Ludzie przychodzili obserwować Martina, wykonującego codzienne czynności, w szklanym domu, zbudowanym w centrum handlowym. Jego zadaniem było nasmrodzić jak najbardziej, a później popsikać wszystko Ambi Purem, bo właśnie jego reklamą było całe przedsięwzięcie. Blogerzy zawsze mówią, że najważniejsza jest zasada potrójnego zwycięstwa, gdzie zleceniodawca, wykonawca i odbiorca mają korzyść z projektu. Ja tutaj dopisałabym jeszcze jeden win - dla sztuki.

poniedziałek, 25 maja 2015

Dwa tygodnie bez słodyczy - jak było i co dalej?

Niedawno obwieściłam, że podejmuje się wyzwania życia, rzucając słodycze na dwa tygodnie. Dzisiaj mija ten termin. Jak myślicie, dałam radę?


Pierwsze dwanaście dni przeszłam bez najmniejszego uszczerbku

Na pewno zjadłam o wiele więcej owoców niż normalnie, ale to nic. W chwilach słabości wrzucałam sobie omlet z bananem lub serek wiejski z żurawiną. Piłam mnóstwo wody i sikałam dziesięć razy częściej od statystycznego Polaka. Często myślałam o tym, żeby zjeść coś słodkiego, ale ani razu tego nie zrobiłam, bo wiedziałam, że nie mogę i koniec. Ani wizyta w maku, ani ciastka na stole mnie nie skusiły.


Aż nadszedł dzień dwunasty

Nie do końca spełniłam wyzwanie, bo wprawdzie nie tknęłam słodyczy, ale raz złamałam się z fast foodami. Wszystko dlatego, że jest taki jeden koleś, który kupuje jedzenie niby dla siebie, ale zawsze z myślą o mnie. Był piątek przed północą, w drodze do domu wylądowaliśmy w maku. Zgłodniałam, bo od piątego posiłku minęło już mnóstwo czasu, a do tego te zdradliwe smakołyki zostały mi podsunięte pod sam nos. No i zeżarłam tego cheeseburgera. Okey, frytki też.

W niedzielę miałam uczcić dwa tygodnie wielkim kawałkiem tortu z Nutellą, ale po tym czasie, odzwyczaiłam się od słodyczy i nie zjadłam więcej niż jedną piątą tego, co miałam na talerzu, bo było dla mnie za słodkie. 


Ale i tak przedłużam do miesiąca!

Jest super. Dwa tygodnie dobiegły końca, a ja naprawdę nie mam ochoty rzucić się na słodycze, szczególnie, że widzę efekt w lustrze. Jestem głupkiem, bo zapomniałam się zmierzyć, ale trochę schudłam i nie wzięło się to znikąd. Odwyk uświadomił mi, ile razy pomyślałam o słodyczach przez ostatnie 14 dni, i że normalnie za każdym razem bym po nie sięgnęła. Ileż to pustych kalorii! Spodnie robią się luźne, a nie ćwiczę więcej niż wcześniej, więc aż żal byłoby zrezygnować z takiego skutecznego sposobu na zrzucenie zbędnych kilogramów! Lecę następne dwa tygodnie i mam wielką nadzieję, że tym razem nie schrzanię pod koniec. Po miesiącu będzie bardziej filozoficzna notka. #4wws

Niektórzy z was zapowiedzieli, że przyłączają się do mnie. Daliście radę? Jakieś przemyślenia? Piszcie!

czwartek, 21 maja 2015

Zostawcie mnie w spokoju

Ten moment, kiedy znalazłeś już idealną pozycję w łóżku, zagmatwane myśli powoli stają się coraz bardziej abstrakcyjne – przychodzi sen. Twoje powieki są tak ciężkie, że wydaje się, jakby nic nie mogło zmusić cię do ich otwarcia. Wtem, dźwięk. Py-rym. Py-rympy-rym … Py-rym.


Dajcie. Mi. Wszyscy. Spokój.

Jestem uzależniona od telefonu i social mediów, to oczywiste. Jednak, od pewnego czasu, coraz częściej mam ochotę wziąć telefon i wyrzucić go przez okno. Nieustannie przychodzące powiadomienia, nie dość, że wciąż mnie rozpraszają, bo przecież „tylko przejrzę i zabieram się do roboty”, co jest notorycznym kłamstwem każdego z nas, to zwyczajnie wkurzają. Czasem jestem naprawdę zajęta, a kilka osób naraz zawraca mi dupę i zadaje pytania.


Ewakuacja do samolotu, szybko!

Jest bardzo późno, próbuję się uczyć, a słyszę tylko fejsbukowe py-rym py-rym. Coraz częściej po prostu włączam tryb samolotowy i rzucam komórkę na drugi koniec łóżka. W szkole robię tak, zamiast jedynie ją wyciszyć, a jeżeli chodzi o sen, zwykle samolot jest jedynym ukojeniem. Czasem zapomnę i praktycznie zawsze zostaję zbudzona. Czy to popołudniowa drzemka, czy położyłam się spać trochę wcześniej niż inni, znajdzie się ktoś, kto ma do mnie jakąś sprawę.


Oesu

Najbardziej w tym drażni mnie, iż wyrobiliśmy sobie taki nawyk, że gdy ktoś nie odbiera albo zniknął z sieci na cały dzień, to od razu OBOŻEUMARŁ. Eh. Ale co ja mogę? Takimi nas uczyniła cywilizacja. Przecież też zaczynam się martwić, jeżeli ktoś mi bliski, cały dzień nie odpowiada i sama spamuje innym, gdy są zajęci, bo skąd mam o tym wiedzieć, skoro zielona kropeczka widnieje przy ich nazwisku 24/7?

Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że nie lubię pisać sobie z ludźmi. Wręcz przeciwnie! Ale czy wy też nie macie czasem tak, że najchętniej nakleilibyście sobie na czoło znaczek tego trybu samolotowego, żeby wszyscy dali wam spokój?

niedziela, 17 maja 2015

W końcu umarła! - podsumowanie Pamiętników Wampirów

źródło: facebook.com/thevampirediaries
Uwaga! Tekst zawiera spojlery. Jeżeli jednak nigdy nie widziałeś Pamiętników Wampirów, wyłącz ten tekst i je odpal, bo to wciągający serial z ciekawymi postaciami, klimatem i świetną muzyką. Nadrób, a potem tu wróć. Nie, to nie jest Zmierzch, i nie, to nie jest tylko dla dziewczyn.


Pamiętniki Wampirów są moim ulubionych serialem, ale muszę przyznać, że od drugiego sezonu poziom spadał w dół niczym po równi pochyłej i oglądałam go tylko z przywiązania oraz nostalgii do pierwszych, niesamowicie dobrych odcinków. Gdy niedawno oświadczono, że Nina Dobrev, odtwórczyni jednej z głównych postaci, odchodzi z serialu, a producenci nie planują skończyć transmisji, bardzo mnie to zdziwiło. W czwartek wyemitowano ostatni epizod z jej udziałem. Zepnijmy klamrą ten cały bałagan.   


Szybki przekrój

Pierwszy sezon był piorunująco dobry, bo przede wszystkim - mroczny. Gdzie podziały się te czasy, gdy Damon swoją obecność obwieszczał krukiem! Czy Stefan przestał prowadzić dzienniki? Drugi sezon wciąż był dobry, bo utrzymywał tajemniczą aurę, bohaterowie wciąż opowiadali o wampirach pierwotnych, które zastąpiły Katherine w byciu złem najwyższym. Później, gdy zaprzyjaźniliśmy się z rodziną Mikaelsonów, wkroczył Silas. Od tego momentu zaczęło się sypać. Magia zdominowała wampiryzm, a Damon powoli tracił swoje charakterystyczne, bezwzględne i cyniczne usposobienie na rzecz miłości do Eleny, której płaczu nad sobą miałam już serdecznie dosyć. Zupełnie nie przeszkadzało to innym bohaterom, bo oni wszyscy zawsze ją uwielbiali i ustawiali się w kolejce do poświęceń dla panny Gilbert. Dlatego późniejsze wyłączenie przez nią człowieczeństwa i zabawy w Nowym Yorku były ciekawą odskocznią od żali, ale brakuje w nich mroku. Następnie pojawili się, jeszcze straszniejsi - Podróżnicy. Wkrótce zastąpił ich Kai, a ja byłam przejedzona coraz to nowymi i gorszymi postaciami, które szybko dawały się oswoić, robiąc miejsce kolejnym. No i jest końcówka szóstego sezonu, dowiadujemy się, że Elena zniknie z obsady. Jak oni chcą to zrobić, skoro do tej pory, wszystko kręciło się wokół niej?

źródło: facebook.com/thevampirediaries




Nigdy jej nie lubiłam

Pomimo sympatii do Niny Dobrev, nigdy nie uważałam jej za dobrą aktorkę. W roli Eleny sprawdzała się dostatecznie, prezentując płaczliwy okrzyk gaaah!, na zmianę z uśmiechem. Poza tym, sama postać panny Gilbert była dla mnie najgorzej napisaną ze wszystkich. Niby pomocna i kochająca, a poza rzewnym gadaniem, nigdy nie poniosła żadnej straty na rzecz innych. Ba, jej bliscy po prostu nie chcieli jej na to pozwolić, bo uważali, że jest zbyt wspaniała i to oni muszą się poświęcić. Dlatego nie boli mnie jej odejście. Zastanawiam się tylko jak z tym poradzi sobie fabuła. Przecież trzonem opowieści było dwóch wampirzych braci, którzy w naszych czasach spotykają dziewczynę, wyglądającą identycznie jak ich miłość sprzed setek lat.

Jeżeli chodzi o odcinek finałowy, Elena i Bonnie zostały połączone zaklęciem: dopóki nasza wiedźma Bennett będzie żyła, dopóty jej przyjaciółka będzie spała. Bohaterowie, używając swojej wampirzej mocy, mogą kontaktować się z Eleną, wkradając się do jej głowy. Wspólnie ustalają, że przecież nie zabiją Bonnie. Przypominam, ostatni odcinek szóstego sezonu, a Elena, której główną cechą jest dobre serce, po raz pierwszy rzeczywiście poświęca się dla drugiej osoby. No wow, brawo!


Ale to było beznadziejne

Otrzymujemy wspaniałe pożegnanie trzech przyjaciółek, które naprawdę wycisnęło mi łzy z oczu, nie mniej piękne były rozmowy z Mattem i Stefanem, ale jak można tak zepsuć rozstanie z Damonem? No Chryste. Stoją na ulicy i zaczynają tańczyć, ale zamiast przytulańca, ładnego zbliżenia na ich zapłakane buzie oraz kilku mądrych, wzniosłych zdań, dostajemy jakąś absurdalną choreografię. Kochankowie życia rozstają się na 70 lat, a zamiast odchodzić od zmysłów, wpadają nagle w szalony wir tańca, serie obrotów, podniesień i co tylko! To ani nie jest musical, ani nikt wcześniej nie wspomniał, że nasi bohaterowie są takimi znakomitymi tancerzami. Aktorzy też nie – to widać. Więc po co tak na siłę?

źródło: facebook.com/thevampirediaries



No i co teraz?

Nasuwają mi się dwie opcje:

Wielka smuta

Wszystkie dialogi i wątki skupione są wokół Eleny. Nic tylko płacz nad nią i szukanie sposobu na ewentualne rozbudzenie jej. Do tego dochodzi jeszcze załamanie nerwowe Alarica (zabili mu ukochaną już drugi raz w tym serialu, co było naprawdę słabym posunięciem). Jeżeli tak się stanie, będę bardzo poirytowana, ale przecież nie przystanę oglądać, co nie?

Wszyscy zadowoleni

Stefan do Caroline, Damon do Bonnie i gotowe! W końcu porzucamy motyw rozczulonej Eleny, a na tapetę bierzemy o wiele ciekawsze postaci, przede wszystkim dwie niesamowicie silne, samodzielne kobiety.

źródło: facebook.com/thevampirediaries





Napisałam tu wiele gorzkich słów, ale hej, czy nie jest tak, że najbardziej srodzy jesteśmy dla tych, których kochamy najmocniej? Więcej Damonowego sarkazmu, więc krwi, więcej czerni i mgły - tego chcę!

czwartek, 14 maja 2015

Moje doświadczenia paranormalne

Zwykle to ja się mądrzę i mówię wam co jest fajne, co głupie, co warte uwagi, co olać ciepłym moczem - co robić. Jednak to nie znaczy, że sama zawsze się odnajduję. Jestem wyjątkowo zmartwiona pewnymi zjawiskami, które nie odstępują mnie na krok, od kiedy tylko pamiętam. Postanowiłam w końcu ujawnić swoje obawy.


Przesuwające się przedmioty

Klucze, telefony, portfele. Wszyscy domownicy zaprzeczają, jakoby mieli ich dotykać, a ja to już na pewno nie, przecież wiem, co robię. Kto w takim razie? Sądząc po rodzaju "spacerujących" przedmiotów, chciwe muszą być złe moce, które są za to odpowiedzialne. O tym stanowi też fakt, iż czasem zwyczajnie je kradną. Najwidoczniej w ostatniej chwili wyciągają rzeczy z mojej torebki, a potem zwracają po długim czasie, gdy zagubione przedmioty są mi zupełnie niepotrzebne.


Szalone zegary

To jest jakaś plaga! Ilekroć zamykam oczy i pogrążam się we śnie, one przyśpieszają niemiłosiernie. Nie dość, że te szatańskie zmory, nie dają mi odpocząć, to same wyłączają budzik, żebym nie wstała o odpowiedniej porze. Jak żyć? No nie da się. Chyba będę musiała udać się do prezydenta, może on na to coś poradzi. Ostatnio w modzie takie wizyty, bo Bronisław jakoś wyjątkowo otwarty.


Ja już nie wiem, co się dzieje

Do tego wszystkiego, ten szarawy pył, który wiecznie osiada na moich meblach. Nie rozumiem. Nie wygląda jak proszek Dzwoneczka, bo owszem, jakby uwidacznia się w słońcu, ale nie błyszczy. Czy to znak, zwiastujący czarną magię? Zła aura wokół mnie?

Boję się. Ewidentnie się boję. Zmywarka, która zapełnia się od nowa w nieskończoność, czas, zmieniający bieg, co następne? Tajemnicze szepty? Czy potrzebuję egzorcysty? Kochane BRAVO, proszę o radę.


Tego tekstu nie miało być

Pisząc to, siedzę sobie na korytarzu w szkole językowej i przeklinam na siebie, trochę na świat. Trochę też się śmieje, bo tak mi było śpieszno na francuski, że jestem przed czasem. Godzinę. Dzisiaj nie miało być notki, ponieważ weny i czasu jakby brak. Dlatego cwany los mnie tu przywlekł i posadził w miejscu, gdzie nic nie rozprasza, nawet temat podał. Dzięki. Możesz uciec od pracy, ale ona nie ucieknie od ciebie.

A mówiłam, to przesunięcie czasu na letni jest bez sensu.

środa, 13 maja 2015

W środę nie robię - przegląd rzeczy fajnych #13



No w końcu wszystko uporządkowałam, wróciłam do regularnego blogowania i mogę polecić wam moje zajawki z ostatniego czasu! Wzięłam się ostro do pracy, z czego jestem bardzo zadowolona. Lubię tak. Nie przedłużając, nie uważacie, że zdjęcie w nagłówku jest wprost przepiękne?


Dajesz szansę nie temu facetowi - przeczytałam to dosłownie przed chwilą i szczerze mówiąc, planowałam podobny wpis, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. W każdym razie, stanowcze i warte zapoznania się, bo daje dużo do myślenia.



Mam nową fryzurę, proszę państwa! Jeszcze całkiem niedawno włosy sięgały mi za cycki, ale od pewnego czasu sukcesywnie je skracam i bardzo mi się to podoba, więc nie zdziwiłabym się, gdybym kiedyś wyskoczyła na zapałkę. Jest wygodnie i fikuśnie. Fioletowe love, daję wielkiego kciuka i nagrodę fajności dla krótkich włosów. Jeżeli wahacie się przed obcięciem to raz się żyje!

Na zdjęciu chodzi o ekspozycję fryzury, no ale Józefiak to jest taka medialna osobowość, że do każdego zdjęcia się wciśnie!

Oczywiście to żaden news dla osób, które obserwują mojego fejsa czy insta.








To jest po prostu magiczne i jeżeli nie potrafisz przeznaczyć chwili na obejrzenie, weź idź sobie.




Uwielbiam takie przekroje przez epoki (a za tydzień jadę do Ewy na kolczyk, ale ciii)!




Hohoh, a kogo my tu mamy? Jeżeli ktokolwiek przegapił, w końcu wrzuciłam film na YouTube. Przy okazji bardzo dziękuję za pozytywny odbiór. Będzie fajnie, wiem to!



Na koniec ostatnie Vroobelki:

poniedziałek, 11 maja 2015

Miesiąc bez słodyczy!

W zeszłe wakacje obiecałaś sobie, że za rok będziesz szczuplejsza, kilka miesięcy później, gdy zagryzałaś karpia ciastem, mówiłaś: dieta od początku stycznia, potem pocieszałaś się, że do lata daleko – masz jeszcze tyle czasu! Niedawno spojrzałaś w kalendarz, policzyłaś tygodnie i zorientowałaś się, że dni uciekają jakby coraz szybciej. Wpadłaś w panikę. I ja też!

Nie mam najmniejszego problemu z ćwiczeniami, mogę uprawiać sport codziennie. Lubię to. Jednak słodycze i fast foody są moją największą słabością. Naprawdę ciężko mi z nich zrezygnować, ale chcę zrzucić trochę tłuszczyku do wakacji, więc żeby było ciekawiej, połączę dietę z eksperymentem na samej sobie. Od dziś wyrzekam się czekolady, lodów, frytek, chipsów i co tylko! Zastąpię je owocami, musli czy owsianką.

Porwałam się trochę z tym miesiącem w tytule. 30 dni to taka zgrabna liczba, ale za bardzo mnie przeraża. Zacznę od dwóch tygodni, dla mnie to i tak wielkie wyzwanie i pierwsza taka stanowcza rozłąka z ulubionymi łakociami. Po tym czasie zrobię podsumowanie. Okaże się czy dałam radę, być może będę pisała ten tekst w izolatce, skrobiąc ściany paznokciami, ale istnieje też taka możliwość, że zaskoczę wszystkich (siebie najbardziej) i przedłużę wyzwanie do miesiąca.

Nie chcielibyście mnie trochę powspierać, co? Chodźcie ze mną! Na pewno nie wyjdzie wam to na złe! Będę wrzucała zdjęcia na insta, a posty na twittera i fejsa, z hashtagiem #2wws (2 weeks without sweets – fajnie się rymuje, nie?). Zachęcam was do tego samego!

11 maja zjadłam ostatnią kostkę gorzkiej czekolady. Amen. Czas start! 

sobota, 9 maja 2015

Dlaczego kocham czytać blogi?





1. Cenzura w komentarzach


To nie brzmi dobrze, ale daję na pierwszym miejscu, bo wystarczy poczytać komentarze na jakimś portalu i po kilku minutach głowa pęka od tych zawistnych bzdur, zero merytoryki czy prawdziwego dialogu. Te komentarze są bezwartościowe. Za to ogarnięci blogerzy banują takich delikwentów. Nie mylić z ograniczeniem wolności słowa, to tylko ograniczenie braku kultury i czystej głupoty. W Internecie też potrzebne są zasady. 


2. Łatwy kontakt

Niesamowite jest, że w każdej chwili mogę odezwać się do swojego ulubionego blogera czy to drogą mailową, czy tylko podesłać ciekawy link na fejsie i na pewno uzyskam odpowiedź. Mogę go podziwiać, jednocześnie nie robiąc z niego pomnika, bo jest człowiekiem na wyciągnięcie mojej ręki.


3. Zaufanie

Liczę się z jego zdaniem, jestem na bieżąco z tym co robi i lubi, dzięki Snapchatowi, Instagramowi czy Facebookowi. Ma na mnie duży wpływ. Wiem, że mogę spokojnie oglądać filmy, które poleca, dzięki niemu dowiaduję się o nowym modelu butów lub idę do jakiegoś miejsca, które opisał za fajne. Ufam mu i wiem, że nie poleciłby czegoś, co jest z nim niezgodne, bo dba o swoich czytelników i własną wiarygodność.


4. Emocje

Najlepsi blogerzy potrafią grać emocjami, to właśnie one do nich przyciągają. Dzięki nim czytelnicy czują związek z autorem i mają ochotę do niego wracać tudzież pokazać tekst innym. Bez tej umiejętności nie ma szans rozkręcić bloga, to ona sprawia, że materiał jest tak unikatowy. W pewnym sensie już wszystko zostało powiedziane, więc liczy się forma.


5. Społeczność

Wszystko to tworzy grupę ludzi, którzy podobnie postrzegają świat, interesują się zbliżonymi tematami, rozumieją stałe powiedzonka z tekstów, a co najważniejsze, wymieniają się pozytywnymi emocjami.


Warto czytać blogi!

piątek, 8 maja 2015

Ty świnio!

Słoneczne popołudnie, okolica pełna wesołego gwaru, bo w sercu szkół, osiedli i warzywniaków. Tyłem do ulicy, na widoku, pod czyjąś bramą, beztrosko sika pewien mężczyzna. Żaden z niego menel, bo biała koszula, sweterek i pełna świadomość są na miejscu. Rozgląda się w konsternacji i natychmiast, zza szyby samochodu, napotyka mój przeszywający wzrok, będący w tym momencie istnym laserem pogardy. Widziałam, proszę pana.

No jak? No ja się pytam: jak? Mnie się to w głowie nie mieści i wcale nie dlatego, że najprawdopodobniej matematyka opanowała już całą przestrzeń mojego mózgu (R.I.P.). Bóg wie jak bardzo nienawidzę ludzi, którzy w przestrzeni publicznej, zachowują się jakby ledwo co wyszli z buszu. Ja rozumiem, że panu chciało się siusiu, ale są miejskie toalety, można się wprosić do jakiejś kawiarni, można przetrzymać te pięć minut do domu, można się schować gdzieś głębiej! No trochę szacunku do siebie i innych.


W dupę wsadź sobie tego ćmika

Podobnie denerwuje mnie rzucanie petów gdzie popadnie. Mam wrażenie, iż z jakiegoś powodu, wydaje się zupełnie normalne i oczywiste, że ktoś spali, pstryknie za ziemię i przydepcze. To jest śmieć jak każdy inny i jeżeli już chcesz zatruwać siebie oraz swoich bliskich to zabierz ze sobą ten bilecik, mówiący: O heej, dostanę raka! Nie musisz mi go zostawiać, bo ja to wiem.

A teraz uwaga – klasyk, który przytaczam średnio raz na tydzień od bardzo dawna, więc musicie sobie wyobrazić jak mnie to uderzyło. Pewnego dnia, siedząc w ławce, mój kolega wrzucił papierek do doniczki, która stała na parapecie. Tak po prostu. Wcisnął papierek do kurwa doniczki. Jak się do niego obróciłam, jak zwyzywałam od wieśniaków to ino roz, ni ma chłopa. Myślę, że już nigdy tak nie zrobi, pozdrawiam ciepło.


Praca pokoleń

Pamiętam, że kiedy byłam mała, babcia zawsze mówiła, żeby nie rzucać śmieci na ziemię ani nie pluć na nią, bo w domu przecież też nikt tak nie robi, a na zewnątrz jest domek zwierzątek. O ile jeszcze nigdy nie widziałam sarenki, spacerującej po chodniku, o tyle to jest bardzo ładnie powiedziane. Ja rozumiem, że nie każdy ma babcię Elę, ale czy aż tak ciężko jest przyswoić sobie podstawy kultury?

Mając niespełna osiemnaście lat, wciąż rozglądam się w poszukiwaniu mądrych ludzi. Potrzeba mi autorytetów i to naprawdę smutne, że w odpowiedzi na postępowanie wielu dorosłych ludzi, mogę jedynie unieść brwi w grymasie. Jeżeli smarkacz z gimnazjum zachowuje się jak wieprz, obrywając kwiatki albo plując na ulicę, jestem w stanie to zrozumieć. Najwyraźniej nikt mu jeszcze nie wytłumaczył, że nie powinien tak robić, ale czas go w końcu upomnieć, bo inaczej wyrośnie na kolejnego buraka, który nie będzie dobrym przykładem dla własnych dzieci. Tak koło się zamyka. Jeżeli nie chcecie, żebym wyszła na ulicę i własnoręcznie pourywała głowy wszystkim tym świniom, lepiej to ogarnijcie. My, my ogarnijmy. 


środa, 6 maja 2015

Ogarnięta środa

Spaprałam. Stopniowo przestałam wierzyć, że pisanie bloga ma sens. Miałam poczucie winy, bo nic nie wrzucałam, a nie wrzucałam, bo miałam poczucie winy. Z każdym dniem było mi ciężej przerwać ten twórczy zastój. Okropne są takie spirale, grr. Przepraszam was. Siebie też.

Wyjazd, szkoła, choroba, kolejny wyjazd, wewnętrzne rozterki - tym wpisem kończę wszystkie swoje wymówki. Ostatnio wiele się działo, ale od dzisiaj porządkuję to wszystko i biorę się w garść. Czuję przypływ weny, liczę na to, że nie tylko pojawią się nowe notki, ale i wiersze, do tego mam pomysł, który może być trochę nietypowy, ale bardzo mój. Taki Roman Opałka* nowa generacja! Jestem podekscytowana, bo w końcu mam chęci i czas do pracy!

Filmik też jest zmontowany, potrzeba tylko ostatnich poprawek. Choć wstydzę się niemiłosiernie, muszę go udostępnić, bo inaczej nigdy nie zrobię kroku w przód. Każdy kolejny będzie lepszy, ale żeby tak się stało, najpierw trzeba przebrnąć przez najgorsze.

Nie zapomnijcie, że możecie znaleźć mnie na fejsie, insta, tt i snapie (billie_sparrow). Mam nadzieję, że jesteście jeszcze ze mną, bo w tej chwili przyda mi się wsparcie. Buzi!

*koleś nagrywał na dyktafon jak czyta liczby, które wymalowywał na swoich obrazach

wtorek, 28 kwietnia 2015

Milczenie jest katem

Milczenie jest złotem – mawiają, ale to przysłowie wysoce nieuniwersalne. W nocy, przy cieple świec oraz serc, czy z drugiej strony, podczas rozmowy z człowiekiem, będącym na poziomie pantofelka, milczenie mówi więcej niż słowa. Ciszą można grać tak, jak muzyk zapisuje pauzy na pięciolinii, ale nie przeceniajmy jej znaczenia.

Czasem siedzi w tobie potwór, który karmi się właśnie milczeniem. Rośnie i rośnie. Nie daje odpoczywać ani pracować, jeść ani głodować. Nie daje żyć, wbijając długie szpony w twoją czaszkę. Krzyczy, gdy pragniesz zasnąć. Nigdy nie daje o sobie zapomnieć.

Przerąbane.

Demony nie odchodzą, trzeba je wypędzić. To one mają uciekać - nie my. Nie daj się więc pogonić, bo to żadne rozwiązanie. Jeżeli nosisz w sobie prawdę, wykrzycz ją. Wyszepcz, napisz, wyrzuć z siebie. Nie pozostawiaj jej niewypowiedzianej, bo choć gorzka, zawsze stanowi furtkę do zmian na lepsze.

Ludzie wokół ciebie nie domyślą wszystkiego, co chciałbyś im powiedzieć, dlatego cokolwiek to jest, jak bardzo zagmatwane będą twoje słowa, jak zmieszane uczucia, warto wypuścić tego potwora na wolność. Może to, co wcześniej spędzało sen z powiek, wcale nie jest aż takie okropne?

Zaoszczędźmy czasu i bądźmy ze sobą szczerzy. 

czwartek, 23 kwietnia 2015

I ty możesz pójść na randkę marzeń!



Płacz to moja reakcja na wszystko. Nie potrafię powstrzymać łez, gdy jestem zła, zawiedziona, wzruszona, a nawet rozbawiona. Przywykłam do tego, ale dzisiaj to już szczyt! Jestem chora, więc od rana mam czas na to, żeby płakać przy YouTube'ie. Teledyski czy vlogi – wzrusza mnie wszystko. Wtem! Na dokładkę odkrywam, że w polskiej telewizji istnieje coś takiego jak Randka z Maślakiem.

Dobrze wiecie, że naprawdę nie lubię telewizji, nie jestem też zainteresowana szeroko pojętym show biznesem, więc dopiero dzisiaj, dzięki Radomskiej, dowiedziałam się o Rafale Maślaku. Mister Polski, wyjątkowo przystojny i dobrze zbudowany facet. Od razu pomyślałam sobie, że pewnie innymi wartościami nie grzeszy. Przeglądałam jego fanpage, gdy zorientowałam się, że emitowany jest program, do którego zgłoszenia wysyłają dziewczyny chętne, aby pójść z nim na randkę. Włączyłam czystej ciekawości, spodziewając się, że Rafał będzie wykreowany na kolesia rodem z tych programów, w których facet zamieszkuje z tuzinem bab, one się o niego biją, a on co wieczór eliminuje jedną, nie dając jej róży czy nie zawieszając na szyi złotego naszyjnika (wersja amerykańska, nas stać tylko na róże). Sądziłam też, że standardowo kobiety będą traktowały go jak bożka, same stając się przedmiotami kpiny.

Włączyłam pierwszy odcinek i muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz telewizja wywołała taki uśmiech na mojej twarzy! … a nie, jednak wczoraj, na widok Ewy Minge, podczas każdego zbliżenia jej twarzy w Project Runway, ale to się nie liczy (może ja się śmieję, a ona po prostu dostała alergii na orzeszki albo pogryzło ją stado pszczół). Jakie te randki są kochane! Na pierwszy rzut oka - kamera nie jest tak nachalna, często ujmuje bohaterów z daleka, nie ma tego znamiennego fragmentu, gdy gwiazda, niby z zaskoczenia, puka do drzwi tych prostych ludzi, obwieścić im, że zostali wybrani, podczas gdy ekipa filmowa już siedzi u nich na kanapie, a dialogi są bardziej sztuczne niż w szkolnych przedstawieniach. To szczegóły, ale jestem na nie szczególnie wyczulona.

Idąc głębiej – w pierwszej chwili pomyślałam, że gdybym była samotną grubaską albo cichą myszką, fakt, iż muszę zgłosić się do programu telewizyjnego, żeby pójść na randkę z kimś, komu za to zapłacą, wcale nie poprawiłby mi humoru. Jednak podczas oglądania, czuje się autentyczną radość bohaterek i miłą atmosferę między nimi, a Rafałem. Maślak nie jest wytrenowanym robotem, nie mówi najlepiej przed kamerą, mamy wrażenie, że to zwyczajny chłopak, co potwierdzają też ujęcia z randek np. podczas tańca, gdzie wypada nadzwyczaj naturalnie.

Wczoraj, kiedy oglądałam z mamą ten nieszczęsny Project Runway, stwierdziłam: zobacz, poniżanie drugiego człowieka, na tym opierają się wszystkie te programy. Aż ciężko mi uwierzyć, wciąż węszę jakiś podstęp, ale u Maślaka naprawdę tego nie czuję, wręcz doceniana jest wartość każdego człowieka, niezależnie od miejsca jego zamieszkania lub wyglądu. Czy akurat trafiłam na pocieszne dwa odcinki, które obejrzałam? O co chodzi? Czy on naprawdę jest tak sympatyczny, a telewizja postanowiła zarobić na pozytywnych emocjach? A może to tylko moje dzisiejsze rozmymłanie?

Każda z nas chce poczuć się księżniczką i wcale nie oznacza to różowej sukienki, po prostu potrzebujemy być docenione i akceptowane takimi, jakimi jesteśmy. Z radością i wzruszeniem przyznaję, że ten program musi być świetną przygodą, która dostarcza bohaterkom wspomnianych wartości. Choć sama bym się nie zgłosiła, bardzo fajnie, iż jest coś takiego, bo helou, nie sądzicie, że to słodkie, jeżeli dziewczyna, która nie ma kogo zabrać na studniówkę, ostatecznie idzie na nią z Misterem Polski?

niedziela, 19 kwietnia 2015

Wszyscy jesteśmy Sokratesami




Filozofia kojarzy ci się z nudnymi, długimi wykładami, niedorzecznymi myślami i zawiłym, niezrozumiałym językiem? Filozofów uważasz za nieokiełznanych ekscentryków nie z tej ziemi, którzy nie bardzo wiedzą co zrobić ze swoim życiem? Nie jesteś pierwszy ani ostatni. Jeszcze niewiele ponad rok temu sama tak myślałam. Masz wrażenie, że filozofia jest zbędna i nigdy w życiu nie będziesz miał z nią nic wspólnego? Pudło. Jesteś filozofem, a nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Tym postem udowodnię ci, że tak jest i, że  rozwijanie się w tej kwestii to „nie jest żadna filozofia”.


Czym jest filozofia?

Filozofia jest nauką, która od zawsze zadawała trudne pytania. W okresie jońskim starożytnej Grecji były to zagadki związane z materią i prawami przyrody. Jakiś czas później, wielki Sokrates oparł swoją naukę o pojęcie cnoty i prowadził „badania” (kontemplował sobie z ziomkami) nad cnotą, jej definicją i związkiem pomiędzy najwyższym dobrem a wiedzą. Arystoteles napisał książkę o szczęściu. Czy potrafisz zdefiniować szczęście? Ja też nie. Niesamowici ci filozofowie!
Filozofia to nauka, która nigdy nie przestaje pytać. Dziedzina pełna zagadek bez rozwiązań i ciemnych zaułków. Żadne pytanie nie jest głupie, ciekawość to podstawa. Filozofia to nauka o wszystkim. Boisz się? Ja też.


Kim jest filozof?

Filozof to osoba, która 1) studiuje filozofię jako naukę, historię filozofii lub 2) zadaje pytania i poszukuje na nie odpowiedzi. Wynika z tego, że w momencie gdy zasiadasz przy stole z przyjaciółmi i zaczynasz zadawać pytania o sens życia – nieświadomie stajesz się filozofem. Gdy coś ci nie wychodzi i desperacko krzyczysz: „Jak żyć?!” w istocie zadajesz najważniejsze pytanie etyki. Jeżeli dorzucisz do tego chwilę rozmyślań i przynajmniej jeden wniosek – robisz w filozofii istną karierę. W starożytnych Atenach może nawet przygarnąłby cię Platon.
Wielu z nas nie zna odpowiedzi na pytania o duszę, o śmierć czy o czas i prawdopodobnie nigdy ich nie pozna. Popadamy w myśli o marności ludzkiego bytu i naszej bezsilności, głupoty. Pascal uważał, że nasza świadomość przemijania jest wielkim darem. Jak się z tym czujesz? Mózg na ścianie? Niejeden filozof tak kończy.
Ideał filozofa, to taki, który jest w stanie zaprzeczyć sam sobie, obalić własną koncepcję, stworzyć nową i wybronić ją. Ideał filozofa nigdy nie przestaje szukać rozwiązania zagadki, nic go nie satysfakcjonuje, umysł ma zawsze otwarty. Wchodzi w konflikty z samym sobą i dochodzi w nich do owocnych wniosków. Czyż nie zabawnie być kimś takim? Nie dość mądrym by znać  odpowiedzi, ale dość inteligentnym by ich szukać i być otwartym na różne, często przeciwstawne opcje. To nazywa się krytycyzmem filozoficznym.


Czy filozofii da się uniknąć?

Nie. Systemy etyczne, polityczne, nawet religia zawierają w sobie elementy filozofii. Matematyka również wytrąciła się z filozofii. To może wydawać się przerażające, ale mam wrażenie, że odrobinę nas prześladuje. To my tworzymy filozofię, a zarazem nie potrafimy bez niej żyć. Wyobraźmy sobie, na przykład świat bez zasad moralnych. Z dwojga złego i tak wybierzemy systemy filozoficzne. Co ciekawe, wizja świata jako wolnego od zasad moralnych jest dobrze znaną filozofii koncepcją. Nic jej nie umknie.


Dołącz do nas

Po przeczytaniu tego posta, jeżeli odpowiednio otworzysz swój umysł, odnajdziesz wiele dróg, którymi możesz podążać, wiele zagadek do rozwiązania. Zadałam wiele pytań i pozornie odpowiedziałam na nie, otwierając Wam furtkę do rozległego myślenia. Wszyscy jesteśmy filozofami, dlaczego więc nie dążyć do ideału? Do tego z całego serca Was zachęcam.

Wybitny filozof,  fenomenolog Edmund Russell powiedział: „Czy jest filozof, dla którego filozofia przestała być zagadką?” Tak czy nie? Tę kwestię pozostawiam otwartą. Pobawcie się w filozofów i zapytajcie swoje umysły.

Jeżeli jesteście głodni pokręconej filozoficznej wiedzy, wiecie gdzie mnie znaleźć: TU Jeżeli chcecie się przekonać czy przypadkiem nie chodzę w todze, nie mam brody i czy generalnie nie jestem Sokratesem, to zapraszam TUTAJ. Sapere aude!*


*Sapere aude (łac.) – miej odwagę posługiwać się własną mądrością! – sentencja Horacego. 

piątek, 17 kwietnia 2015

Ptasie radio: Dzwonki, dzwoneczki

Halo! halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju, nadajemy audycję z ptasiego kraju. Ja jestem Borys i znamy się z coveru, jaki nagrałem wraz z Billie.
Dzisiaj, wróbelki, jesteście moje, więc przedstawiam wam 10 moich ulubionych odkryć muzycznych. Będzie dużo dzwoneczków. Jeżeli lubisz odkrywać nową muzykę, to zapraszam. Szczególnie zalecane jako terapia antystresowa.
“Hello everyone, I'd like to take you on an imaginary trip. When I tell you this story, pretend you can see everything happening in your mind.”
- Skalpel, Break In


Playlistę znajdziecie tutaj.

Jodi Cave
Słuchając tego nie jestem w stanie uwierzyć, że powstało na samplach z laptopa. Te organiczne kolaże Jodi Cave tworzy nagrywając dźwięki natury i łącząc je w spójne kompozycje. Jako ciekawostkę szepnę, że na jego nagraniach można usłyszeć dźwięki takie, jak pocieranie kamieni o kamienie.

The Green Kingdom
Miarowe, lecz minimalistyczne beaty, w połączeniu z dzwonkami i miękką gitarą w tle tworzą pejzaże, którym moim powiekom trudno się oprzeć. Idealny soundtrack do zasypiania. Nic dodać, nic ująć, to trzeba po prostu usłyszeć.


Shigeto
Ten artysta, należący do wytwórni Ghostly, łączy tradycyjną Japonię ze swoim obecnym środowiskiem Detroit. Tym sposobem przenosimy się niczym w zremiksowany świat japońskich świątyń, tętniący jednak rytmami rodem z nowoczesnych didżejskich setów. Beng.


Clark
Wychowanek mojej ulubionej wytwórni, Warp Records. Sampluje wszystko, co się da. Od pokojowych pasaży na fortepianie po skrzeczące, hałaśliwe tony. Mimo, iż jego płyty przyprawiają mnie o załamanie nerwowe, moim faworytem jest także nagranie dzwonków. Najwyraźniej mam do nich słabość. Dla zainteresowanych polecam: Aphex Twin - Nannou


Lapalux // Binkbeats
Tak, to cover. Nie, cover to mało powiedziane. Jako, że Lapalux jest po prostu producentem, warto wspomnieć o autorze rekreacji. Binkbeats zajmuje się naśladowaniem tych wszystkich dźwięków, które można znaleźć we współczesnych kompozycjach. Moim zdaniem ten występ przewyższa oryginał, tym bardziej, że koleś wszystko gra na żywo. Btw, to solo na wibrafonie. Dla fanów hiphopowych beatów polecam jego jam na podstawie słynnego mixtape’u J Dilla.


Shlohmo
Zamknął się w swoim mieszkaniu w Los Angeles i wydał płytę wyrażającą jego znużenie nową, dubstepową kulturą tego miasta. Alienacja, samotność i wyobcowanie. Na “Bad Vibes” słychać echa hip hopu, tajemnicze odgłosy, niecodzienne instrumenty. Kawałek “Parties” można potraktować jako wzięcie wszystkich tych raveowych momentów i potraktowanie ich efektem slow motion. Aluzja do pseudonimu niezamierzona.


Bohren & Der Club Of Gore
Zdecydowanie nocna muzyka. Razem ze “A Moment’s Peace” Scofielda to nieodłączny element moich nocnych wędrówek muzycznych. Powolne pasaże saksofonu przeplatane miarowymi pulsami fortepianu tworzą unikalny klimat. To nie jazz, to nie ambient - to wiercenie w klubie Gore.


alva noto + ryuichi sakamoto
Jako, że Sakamoto (link: “merry christmas, mr lawrence”) nie trzeba przedstawiać, szczególne wrażenie zrobiła na mnie jego współpraca z przedstawicielem nurtu microsound (niemiecka wytwórnia “raster-noton”). Hipnotyzuje mnie połączenie tych pulsujących sampli fortepianu z minimalistycznymi glitchami Karstena Nikolaia.


Ryiuchi Sakamoto & Taylor Deupree - Curl To Me (feat Ichiko Aoba)
Już pierwsze sekundy tego utworu sprawiają, że dostaję ciarek. I to nie rytm serca otwierający słynną płytę z pryzmatem na okładce. Zapętlić i zapaść w trans.


The Caretaker
Mimo, iż znalazłem go na (tfu!) Pitchforku - tak się mszczę za dwie i pół gwiazdki dla nowej płyty Pixies - nie mogło go tu zabraknąć. James Kirby nagrywa stare winylowe płyty jeszcze raz, żeby pozwolić trzaskom i szumom odtworzyć ten klimat. A klimat nie byle jaki - niczym w filmie noir, zapal cygaro i poczuj się jak w windzie w Bioshocku. Kurtyna.
//didgeridoo