wtorek, 28 kwietnia 2015

Milczenie jest katem

Milczenie jest złotem – mawiają, ale to przysłowie wysoce nieuniwersalne. W nocy, przy cieple świec oraz serc, czy z drugiej strony, podczas rozmowy z człowiekiem, będącym na poziomie pantofelka, milczenie mówi więcej niż słowa. Ciszą można grać tak, jak muzyk zapisuje pauzy na pięciolinii, ale nie przeceniajmy jej znaczenia.

Czasem siedzi w tobie potwór, który karmi się właśnie milczeniem. Rośnie i rośnie. Nie daje odpoczywać ani pracować, jeść ani głodować. Nie daje żyć, wbijając długie szpony w twoją czaszkę. Krzyczy, gdy pragniesz zasnąć. Nigdy nie daje o sobie zapomnieć.

Przerąbane.

Demony nie odchodzą, trzeba je wypędzić. To one mają uciekać - nie my. Nie daj się więc pogonić, bo to żadne rozwiązanie. Jeżeli nosisz w sobie prawdę, wykrzycz ją. Wyszepcz, napisz, wyrzuć z siebie. Nie pozostawiaj jej niewypowiedzianej, bo choć gorzka, zawsze stanowi furtkę do zmian na lepsze.

Ludzie wokół ciebie nie domyślą wszystkiego, co chciałbyś im powiedzieć, dlatego cokolwiek to jest, jak bardzo zagmatwane będą twoje słowa, jak zmieszane uczucia, warto wypuścić tego potwora na wolność. Może to, co wcześniej spędzało sen z powiek, wcale nie jest aż takie okropne?

Zaoszczędźmy czasu i bądźmy ze sobą szczerzy. 

czwartek, 23 kwietnia 2015

I ty możesz pójść na randkę marzeń!



Płacz to moja reakcja na wszystko. Nie potrafię powstrzymać łez, gdy jestem zła, zawiedziona, wzruszona, a nawet rozbawiona. Przywykłam do tego, ale dzisiaj to już szczyt! Jestem chora, więc od rana mam czas na to, żeby płakać przy YouTube'ie. Teledyski czy vlogi – wzrusza mnie wszystko. Wtem! Na dokładkę odkrywam, że w polskiej telewizji istnieje coś takiego jak Randka z Maślakiem.

Dobrze wiecie, że naprawdę nie lubię telewizji, nie jestem też zainteresowana szeroko pojętym show biznesem, więc dopiero dzisiaj, dzięki Radomskiej, dowiedziałam się o Rafale Maślaku. Mister Polski, wyjątkowo przystojny i dobrze zbudowany facet. Od razu pomyślałam sobie, że pewnie innymi wartościami nie grzeszy. Przeglądałam jego fanpage, gdy zorientowałam się, że emitowany jest program, do którego zgłoszenia wysyłają dziewczyny chętne, aby pójść z nim na randkę. Włączyłam czystej ciekawości, spodziewając się, że Rafał będzie wykreowany na kolesia rodem z tych programów, w których facet zamieszkuje z tuzinem bab, one się o niego biją, a on co wieczór eliminuje jedną, nie dając jej róży czy nie zawieszając na szyi złotego naszyjnika (wersja amerykańska, nas stać tylko na róże). Sądziłam też, że standardowo kobiety będą traktowały go jak bożka, same stając się przedmiotami kpiny.

Włączyłam pierwszy odcinek i muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz telewizja wywołała taki uśmiech na mojej twarzy! … a nie, jednak wczoraj, na widok Ewy Minge, podczas każdego zbliżenia jej twarzy w Project Runway, ale to się nie liczy (może ja się śmieję, a ona po prostu dostała alergii na orzeszki albo pogryzło ją stado pszczół). Jakie te randki są kochane! Na pierwszy rzut oka - kamera nie jest tak nachalna, często ujmuje bohaterów z daleka, nie ma tego znamiennego fragmentu, gdy gwiazda, niby z zaskoczenia, puka do drzwi tych prostych ludzi, obwieścić im, że zostali wybrani, podczas gdy ekipa filmowa już siedzi u nich na kanapie, a dialogi są bardziej sztuczne niż w szkolnych przedstawieniach. To szczegóły, ale jestem na nie szczególnie wyczulona.

Idąc głębiej – w pierwszej chwili pomyślałam, że gdybym była samotną grubaską albo cichą myszką, fakt, iż muszę zgłosić się do programu telewizyjnego, żeby pójść na randkę z kimś, komu za to zapłacą, wcale nie poprawiłby mi humoru. Jednak podczas oglądania, czuje się autentyczną radość bohaterek i miłą atmosferę między nimi, a Rafałem. Maślak nie jest wytrenowanym robotem, nie mówi najlepiej przed kamerą, mamy wrażenie, że to zwyczajny chłopak, co potwierdzają też ujęcia z randek np. podczas tańca, gdzie wypada nadzwyczaj naturalnie.

Wczoraj, kiedy oglądałam z mamą ten nieszczęsny Project Runway, stwierdziłam: zobacz, poniżanie drugiego człowieka, na tym opierają się wszystkie te programy. Aż ciężko mi uwierzyć, wciąż węszę jakiś podstęp, ale u Maślaka naprawdę tego nie czuję, wręcz doceniana jest wartość każdego człowieka, niezależnie od miejsca jego zamieszkania lub wyglądu. Czy akurat trafiłam na pocieszne dwa odcinki, które obejrzałam? O co chodzi? Czy on naprawdę jest tak sympatyczny, a telewizja postanowiła zarobić na pozytywnych emocjach? A może to tylko moje dzisiejsze rozmymłanie?

Każda z nas chce poczuć się księżniczką i wcale nie oznacza to różowej sukienki, po prostu potrzebujemy być docenione i akceptowane takimi, jakimi jesteśmy. Z radością i wzruszeniem przyznaję, że ten program musi być świetną przygodą, która dostarcza bohaterkom wspomnianych wartości. Choć sama bym się nie zgłosiła, bardzo fajnie, iż jest coś takiego, bo helou, nie sądzicie, że to słodkie, jeżeli dziewczyna, która nie ma kogo zabrać na studniówkę, ostatecznie idzie na nią z Misterem Polski?

niedziela, 19 kwietnia 2015

Wszyscy jesteśmy Sokratesami




Filozofia kojarzy ci się z nudnymi, długimi wykładami, niedorzecznymi myślami i zawiłym, niezrozumiałym językiem? Filozofów uważasz za nieokiełznanych ekscentryków nie z tej ziemi, którzy nie bardzo wiedzą co zrobić ze swoim życiem? Nie jesteś pierwszy ani ostatni. Jeszcze niewiele ponad rok temu sama tak myślałam. Masz wrażenie, że filozofia jest zbędna i nigdy w życiu nie będziesz miał z nią nic wspólnego? Pudło. Jesteś filozofem, a nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Tym postem udowodnię ci, że tak jest i, że  rozwijanie się w tej kwestii to „nie jest żadna filozofia”.


Czym jest filozofia?

Filozofia jest nauką, która od zawsze zadawała trudne pytania. W okresie jońskim starożytnej Grecji były to zagadki związane z materią i prawami przyrody. Jakiś czas później, wielki Sokrates oparł swoją naukę o pojęcie cnoty i prowadził „badania” (kontemplował sobie z ziomkami) nad cnotą, jej definicją i związkiem pomiędzy najwyższym dobrem a wiedzą. Arystoteles napisał książkę o szczęściu. Czy potrafisz zdefiniować szczęście? Ja też nie. Niesamowici ci filozofowie!
Filozofia to nauka, która nigdy nie przestaje pytać. Dziedzina pełna zagadek bez rozwiązań i ciemnych zaułków. Żadne pytanie nie jest głupie, ciekawość to podstawa. Filozofia to nauka o wszystkim. Boisz się? Ja też.


Kim jest filozof?

Filozof to osoba, która 1) studiuje filozofię jako naukę, historię filozofii lub 2) zadaje pytania i poszukuje na nie odpowiedzi. Wynika z tego, że w momencie gdy zasiadasz przy stole z przyjaciółmi i zaczynasz zadawać pytania o sens życia – nieświadomie stajesz się filozofem. Gdy coś ci nie wychodzi i desperacko krzyczysz: „Jak żyć?!” w istocie zadajesz najważniejsze pytanie etyki. Jeżeli dorzucisz do tego chwilę rozmyślań i przynajmniej jeden wniosek – robisz w filozofii istną karierę. W starożytnych Atenach może nawet przygarnąłby cię Platon.
Wielu z nas nie zna odpowiedzi na pytania o duszę, o śmierć czy o czas i prawdopodobnie nigdy ich nie pozna. Popadamy w myśli o marności ludzkiego bytu i naszej bezsilności, głupoty. Pascal uważał, że nasza świadomość przemijania jest wielkim darem. Jak się z tym czujesz? Mózg na ścianie? Niejeden filozof tak kończy.
Ideał filozofa, to taki, który jest w stanie zaprzeczyć sam sobie, obalić własną koncepcję, stworzyć nową i wybronić ją. Ideał filozofa nigdy nie przestaje szukać rozwiązania zagadki, nic go nie satysfakcjonuje, umysł ma zawsze otwarty. Wchodzi w konflikty z samym sobą i dochodzi w nich do owocnych wniosków. Czyż nie zabawnie być kimś takim? Nie dość mądrym by znać  odpowiedzi, ale dość inteligentnym by ich szukać i być otwartym na różne, często przeciwstawne opcje. To nazywa się krytycyzmem filozoficznym.


Czy filozofii da się uniknąć?

Nie. Systemy etyczne, polityczne, nawet religia zawierają w sobie elementy filozofii. Matematyka również wytrąciła się z filozofii. To może wydawać się przerażające, ale mam wrażenie, że odrobinę nas prześladuje. To my tworzymy filozofię, a zarazem nie potrafimy bez niej żyć. Wyobraźmy sobie, na przykład świat bez zasad moralnych. Z dwojga złego i tak wybierzemy systemy filozoficzne. Co ciekawe, wizja świata jako wolnego od zasad moralnych jest dobrze znaną filozofii koncepcją. Nic jej nie umknie.


Dołącz do nas

Po przeczytaniu tego posta, jeżeli odpowiednio otworzysz swój umysł, odnajdziesz wiele dróg, którymi możesz podążać, wiele zagadek do rozwiązania. Zadałam wiele pytań i pozornie odpowiedziałam na nie, otwierając Wam furtkę do rozległego myślenia. Wszyscy jesteśmy filozofami, dlaczego więc nie dążyć do ideału? Do tego z całego serca Was zachęcam.

Wybitny filozof,  fenomenolog Edmund Russell powiedział: „Czy jest filozof, dla którego filozofia przestała być zagadką?” Tak czy nie? Tę kwestię pozostawiam otwartą. Pobawcie się w filozofów i zapytajcie swoje umysły.

Jeżeli jesteście głodni pokręconej filozoficznej wiedzy, wiecie gdzie mnie znaleźć: TU Jeżeli chcecie się przekonać czy przypadkiem nie chodzę w todze, nie mam brody i czy generalnie nie jestem Sokratesem, to zapraszam TUTAJ. Sapere aude!*


*Sapere aude (łac.) – miej odwagę posługiwać się własną mądrością! – sentencja Horacego. 

piątek, 17 kwietnia 2015

Ptasie radio: Dzwonki, dzwoneczki

Halo! halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju, nadajemy audycję z ptasiego kraju. Ja jestem Borys i znamy się z coveru, jaki nagrałem wraz z Billie.
Dzisiaj, wróbelki, jesteście moje, więc przedstawiam wam 10 moich ulubionych odkryć muzycznych. Będzie dużo dzwoneczków. Jeżeli lubisz odkrywać nową muzykę, to zapraszam. Szczególnie zalecane jako terapia antystresowa.
“Hello everyone, I'd like to take you on an imaginary trip. When I tell you this story, pretend you can see everything happening in your mind.”
- Skalpel, Break In


Playlistę znajdziecie tutaj.

Jodi Cave
Słuchając tego nie jestem w stanie uwierzyć, że powstało na samplach z laptopa. Te organiczne kolaże Jodi Cave tworzy nagrywając dźwięki natury i łącząc je w spójne kompozycje. Jako ciekawostkę szepnę, że na jego nagraniach można usłyszeć dźwięki takie, jak pocieranie kamieni o kamienie.

The Green Kingdom
Miarowe, lecz minimalistyczne beaty, w połączeniu z dzwonkami i miękką gitarą w tle tworzą pejzaże, którym moim powiekom trudno się oprzeć. Idealny soundtrack do zasypiania. Nic dodać, nic ująć, to trzeba po prostu usłyszeć.


Shigeto
Ten artysta, należący do wytwórni Ghostly, łączy tradycyjną Japonię ze swoim obecnym środowiskiem Detroit. Tym sposobem przenosimy się niczym w zremiksowany świat japońskich świątyń, tętniący jednak rytmami rodem z nowoczesnych didżejskich setów. Beng.


Clark
Wychowanek mojej ulubionej wytwórni, Warp Records. Sampluje wszystko, co się da. Od pokojowych pasaży na fortepianie po skrzeczące, hałaśliwe tony. Mimo, iż jego płyty przyprawiają mnie o załamanie nerwowe, moim faworytem jest także nagranie dzwonków. Najwyraźniej mam do nich słabość. Dla zainteresowanych polecam: Aphex Twin - Nannou


Lapalux // Binkbeats
Tak, to cover. Nie, cover to mało powiedziane. Jako, że Lapalux jest po prostu producentem, warto wspomnieć o autorze rekreacji. Binkbeats zajmuje się naśladowaniem tych wszystkich dźwięków, które można znaleźć we współczesnych kompozycjach. Moim zdaniem ten występ przewyższa oryginał, tym bardziej, że koleś wszystko gra na żywo. Btw, to solo na wibrafonie. Dla fanów hiphopowych beatów polecam jego jam na podstawie słynnego mixtape’u J Dilla.


Shlohmo
Zamknął się w swoim mieszkaniu w Los Angeles i wydał płytę wyrażającą jego znużenie nową, dubstepową kulturą tego miasta. Alienacja, samotność i wyobcowanie. Na “Bad Vibes” słychać echa hip hopu, tajemnicze odgłosy, niecodzienne instrumenty. Kawałek “Parties” można potraktować jako wzięcie wszystkich tych raveowych momentów i potraktowanie ich efektem slow motion. Aluzja do pseudonimu niezamierzona.


Bohren & Der Club Of Gore
Zdecydowanie nocna muzyka. Razem ze “A Moment’s Peace” Scofielda to nieodłączny element moich nocnych wędrówek muzycznych. Powolne pasaże saksofonu przeplatane miarowymi pulsami fortepianu tworzą unikalny klimat. To nie jazz, to nie ambient - to wiercenie w klubie Gore.


alva noto + ryuichi sakamoto
Jako, że Sakamoto (link: “merry christmas, mr lawrence”) nie trzeba przedstawiać, szczególne wrażenie zrobiła na mnie jego współpraca z przedstawicielem nurtu microsound (niemiecka wytwórnia “raster-noton”). Hipnotyzuje mnie połączenie tych pulsujących sampli fortepianu z minimalistycznymi glitchami Karstena Nikolaia.


Ryiuchi Sakamoto & Taylor Deupree - Curl To Me (feat Ichiko Aoba)
Już pierwsze sekundy tego utworu sprawiają, że dostaję ciarek. I to nie rytm serca otwierający słynną płytę z pryzmatem na okładce. Zapętlić i zapaść w trans.


The Caretaker
Mimo, iż znalazłem go na (tfu!) Pitchforku - tak się mszczę za dwie i pół gwiazdki dla nowej płyty Pixies - nie mogło go tu zabraknąć. James Kirby nagrywa stare winylowe płyty jeszcze raz, żeby pozwolić trzaskom i szumom odtworzyć ten klimat. A klimat nie byle jaki - niczym w filmie noir, zapal cygaro i poczuj się jak w windzie w Bioshocku. Kurtyna.
//didgeridoo

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Gadać czy nie gadać?

Szczerze, to czasami zastanawiamy się jakim cudem my się w ogóle dogadujemy bez rękoczynów. Jesteśmy reprezentantkami całkowicie różnych od siebie zestawów cech – na niektóre czasami klniemy, a niektóre często podziwiamy. Tak więc, kto jest lepszy?  


UWAGA: wpis ten jest przesiąknięty szkodliwymi czynnikami jak trema, pot czy łzy. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Zgodnie z zapowiedzią sponsorami dzisiejszego wpisu są Rola i Agnieszka. Nieco mniej wykwalifikowana kadra niż było w założeniu jednak o równie wysokim potencjale. Mamy nadzieję, że przyjmiecie nas ciepło i nie ujmiemy Wróbelkowi grona czytelników. Okej, skoro już się znamy możemy ruszyć z tematem.

Pragnienie czegoś, czego sami nie mamy jest nieodłączną częścią ludzkiej natury. Dla przykładu, ja jako licencjonowany introwertyk zazdroszczę ludziom ich wygadania. Dlaczego? Moim zdaniem ta cecha odpowiednio wykorzystana może służyć za klucz do wielu drzwi.


Przede wszystkim w gadułach nie ma blokady, którą z własnego doświadczenia znam aż za dobrze. Z racji naszych bliskich relacji pozwoliłam sobie nazwać ją Niezręczna Cisza. Osoby gadatliwe nie boją się kontaktu z drugim człowiekiem bo wiedzą, że nie grozi im towarzystwo wyżej wymienionej. Mówiąc jaśniej są niekończącym się źródłem tematów. Co za tym idzie słowotok zapewnia im grono słuchaczy, a w pakiecie także ich sympatię. Lubimy osoby szczere i mające coś do powiedzenia, wydają się nam ciekawsze. A skoro tak dobrze radzą sobie w kontaktach międzyludzkich to z łatwością poradzą sobie w zawodach, które się na nich opierają. I tak dalej, i tak dalej. Możliwości jest naprawdę wiele.

No i proszę, niby zwykła irytująca cecha, a ile korzyści może przynieść. Dlatego błagam was gaduły, nie bądźcie dla siebie tacy krytyczni. Świat bez was byłby nudny. A ich przeciwników proszę o zachowanie swoich uwag dla siebie. Nie każdy może być tak szary jak wy.

Woah, to urocze, serio, ale – nie. Nie znasz się Rola. Powiem Wam, że jako Opatentowana Przedstawicielka Gaduł widzę to jednak wszystko z całkiem w innym świetle.

Pierwszym zarzutem w stronę mojego rozgadania jest to, że no – gadam. Odruchowo i niekontrolowanie, wtrącam się komuś w pół zdania, walę szczerze i prosto z mostu uwagi, które powinnam pozostawić dla siebie. Pojęcie ciszy nie istnieje. Ba, kiedy robi się niezręcznie mówię nawet 3 razy szybciej, głośniej i bardziej bez sensu. Mówisz mi, że umarł ci pies? Super, zamiast kondolencji „na pocieszenie” dostaniesz ode mnie podkoloryzowaną opowieść o tym, jak to papuga kolegi wyleciała przez okno i wpadła pod samochód. Genialnie Agnieszka, na pewno poprawiłaś tym komuś humor!
Najgorsze jest to, że mówię ciągle o sobie. Ej, serio się o ciebie martwię, okej? Naprawdę kocham cię słuchać, wielbię jak chociaż raz to ty mówisz jakąś anegdotę ale NO NIE ROZUMIESZ, WŁAŚNIE MI SIĘ COŚ PRZYPOMNIAŁO, POSŁUCHAJ TEGO, TERAZ, NATYCHMIAST. Jestem tak niewyrozumiałym rozmówcą, że pojęcia nie mam jakim cudem mam nadal grono znajomych. Chociaż, nie wiem, czy oni faktycznie nimi są – to już moja armia małych klonów, przejmująca moje zainteresowania, poglądy, a nawet sposób myślenia. Szkoda trochę, bo przynajmniej połowę z tych informacji chciałabym zostawić dla siebie – tym czasem jestem otwartą księgą, każdy zna mnie na wylot, nie ważne czy tego chcę, czy nie.

Często w mózgu świeci mi się ta czerwona lampka z napisem PRZESTAŃ GADAĆ, POGARSZASZ SYTUACJĘ. Jednak ja nie to że ją tylko ignoruję, nie, ja ją agresywnie rozwalam kijem bejsbolowym. Ostatecznie przecież czasami ta Niezręczna Cisza nie jest taka zła. A ja chciałabym być czasem postrzegana jako ktoś inteligentny, ktoś z kim warto czasami pomilczeć, a nie jako rozgadana łajza papląca ciągle o sobie.

Widzicie? I jak tak z nią mam na co dzień. W jej towarzystwie czasu na nudę raczej nie znajdziesz, ale za to jest słabym materiałem jeśli akurat potrzebujesz uosobienia spokoju. 

A wy co myślicie o takich osobach? Może macie je w swoim kręgu bądź sami nimi jesteście? Dajcie nam znać w komentarzach!

W razie pytań czekamy na was tu bądź tu. A amatorzy samych obrazków znajdą nas tu i tuDo zobaczenia!

środa, 8 kwietnia 2015

W środę nie robię - przegląd rzeczy fajnych #12





Ostatnio pisałam niewiele, bo przy okazji świąt skupiłam się na pierwszych próbach z YouTubem, a musicie wiedzieć, że ustawianie oświetlenia i poszukiwanie dobrego kadru, kosztuje więcej czasu i wysiłku niż mogłoby się wydawać! Jeszcze do tego wrócimy, ale nie przedłużając, lecimy z przeglądem fajności.


Miłość to dopiero początek - już sam tytuł mnie skusił, bo nie ukrywam, że lubię takie artykuły. Bardzo mądre słowa, bardzo wzruszające.



Tak, to jest moje ryło w krótkiej migawce, będącej zapowiedzią internetowego programu. Było ciężko, nagrywałam to dwa razy. Trochę się boję i trochę jaram jednocześnie. Efekty pod koniec miesiąca.



Przepiękne. Jimmy i czego chcieć więcej? Mój ulubiony krok to wyciąganie plastikowych toreb spod zlewu.




Kto jest ze mną na bieżąco, ten wie, że jestem psychofanką Bartosza Porczyka. Love od 8:10.




A na koniec taki smaczek dla wszystkich licealistów. Płaczę.


OGŁOSZENIE!

Kto z was ogląda Zapytaj Beczkę? Pamiętacie zastępstwa, gdy Krzysiu po raz pierwszy pojechał do Japonii? Tak się składa, że w sobotę wyjeżdżam do Norwegii. Różnie może być z Internetem i na pewno krucho z czasem, ale nie zostawiłabym was samych na dwa tygodnie, więc wyznaczyłam kadrę najbardziej wykwalifikowanych pisarzy na świecie, którzy będą serwować wam notki pod moją nieobecność (oby tylko nie lepsze od moich). Może powrzucam jakieś posty na fejsa, planując datę publikacji w przód, więc będziecie dostawali wiadomości ode mnie z przeszłości. Fajne, nie? Mam nadzieję, że przyjmiecie moich pomagierów tłumnie i ciepło.


Ostatnie Vroobelki:

niedziela, 5 kwietnia 2015

Czym jest motywacja i dlaczego jej nie mam?




Znacz to uczucie, gdy wszyscy wokół wydają się pracować w pocie czoła, a ty siedzisz bezczynnie? Zazdrościsz im niemiłosiernie, ale wciąż nie podejmujesz żadnych działań. Jakoś nie masz siły, jakoś znowu szaro za oknem, jakoś dziś śpiąco.

Jeszcze ponad rok temu byłam wyjątkowym leniem, któremu cały dzień uciekał na zupełnie bezproduktywnym przeglądaniu Internetu. Znajomi pisali, że wychodzą na jakieś dodatkowe zajęcia albo idą się uczyć, po kilku godzinach wracali, a ja byłam dokładnie w tym samym punkcie, mając wrażenie, jak gdyby minęło nie więcej niż piętnaście minut. Czułam się źle, ale jednocześnie nie potrafiłam znaleźć motywacji, żeby wyrwać się z tego ciągu. Szukałam jej w ludziach wokół mnie czy w Internecie, czekając nie wiadomo na co, ale moje życie zmieniło się dopiero, gdy zrozumiałam, że to właśnie ja jestem odpowiedzialna za zagrzewanie samej siebie.

Motywacja ma pochodzić z wnętrza i musi być zrodzona z zamiłowania. Do siebie, do innych, do własnej pasji. Jeżeli naprawdę chcesz schudnąć to nie przestaniesz ćwiczyć, jeżeli naprawdę chcesz spędzić z tą dziewczyną resztę życia, to nie zostawisz jej samej z byle powodu, jeżeli naprawdę chcesz być pisarzem, nie przestaniesz, bo ktoś postawi na tobie krzyżyk. Jeżeli naprawdę masz dosyć swojego życia, to wstaniesz i zaczniesz je zmieniać.

Widzę jak moja prababcia, z roku na rok, staje się coraz mniej samodzielna. Słyszę własną mamę, która narzeka, że czuje się stara i szczerze ją to przeraża. Nie przestaję myśleć o tej butelce szampana z pomarańczową etykietką, którą mamy wypić razem z tatą, z okazji osiągnięcia przeze mnie pełnoletności. To już za kilka miesięcy. Za rok wyprowadzam się z domu na studia. Ludzie, nie wiem jak wy, ale ja tu nie mam czasu na bezczynność!  

Jeżeli tylko nie jesteście dekadentami, którzy uważają, że w zasadzie wysrać się nie ma sensu, ale nie wysrać też nie, to z logicznego punktu widzenia, nawet jeżeli wam nie wychodzi, zamiast siedzieć bezczynnie, zawsze lepiej jest próbować. Wtedy zyskujecie jakąkolwiek minimalną szansę na powodzenie, a już na pewno doświadczenie życiowe.

Przestań się lenić. Czasu masz coraz mniej, a planów nie ubywa. Do roboty i nie poddawać się! Dla pomocy, pomimo mojego braku talentu, mam dla was graficzkę. Wydrukujcie sobie na lodówkę!



A propos działania – wczoraj nagrałam prolog do mojego programu na YouTube. Może coś z tego ukręcę! Trzymajcie kciuki i obserwujcie mnie na fejsie, buzi. 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Najbardziej kontrowersyjna sztuka, jaką widziałam




Minęły dokładnie trzy tygodnie, a ja dopiero teraz jestem w stanie wrócić myślami do tych obrazów. Musicie uwierzyć, że one nadal powodują eksplozję mojego mózgu, ale napiszę to, choćbym miała co akapit ścierać jego resztki z ekranu komputera. W dupie mam te wszystkie nazwiska, które ani wam, ani mi nic nie mówią, w dupie mam formułę, według której powinnam pisać rzetelną recenzję. Ja po prostu chcę wam opowiedzieć o tym, co mi się przytrafiło.


Zdjęcia ze spektaklu pt. Burza wyglądały niesamowicie obiecująco. Sztuka miała tylko jeden poważny mankament, o którym zresztą wiedziałam od początku. W obsadzie nie występował Bartosz Porczyk. Trudno, byłam gotowa przyjąć to na klatę (szczególnie brak Jego klaty*). Miejże trochę wyrozumiałości, przecież się chłopina nie rozerwie – myślałam. Teatr na Porczyku się nie kończy, będzie fajnie.

Zaczyna się. Na dużym ekranie wyświetlany jest film, gdzie mężczyzna, we wprost dekadenckim stylu, opowiada o tym, iż ekspansja pragnień oraz uczuć do niczego nie prowadzi, bo wciąż chcemy tylko więcej i więcej. Nigdy nie będziemy nasyceni. Świetna myśl, piękne sformułowanie. Aż by się chciało całą publikację o tym napisać!

Później akcja przenosi się na scenę. Klimat jest porażający. Panuje wszechobecna ciemność, którą chwilami przerywają jedynie świetlane błyskawice. Z sufitu zwisają nieregularnie uformowana płachta oraz trójkątne lusterka. Ach, jak ja uwielbiam lustra w teatrze! Na środku, w czarnej sukni, leży kobieta, która wygląda dokładnie jak Nosferatu! Moje serce jakby postanowiło na chwilę przystanąć i ścisnąć gardło. Jak gdybym oglądała najlepszy horror na świecie!

Sąsiedzi poklepują mnie po ramieniu. „Jakie to jest fajne, świetny wybór! To będzie dobra sztuka!” No, Szymańska, you had one job and you did it right – cieszę się w myślach. Jednak od pewnego momentu, ten zachwyt stopniowo przemienia się w równie pochyłą, na której czuję się niczym zjeżdżający inwalida. Samotnie. Tyłem.

Najpierw widzowi delikatnie zasugerowana jest jakaś mała palcóweczka między bohaterami, ale przecież to nic wielkiego. Co pod sukienką to nie widać, a sztuka współczesna ma swoje prawa! Nie przejmując się, oglądam dalej. Warto, bo oprawa muzyczna jest świetnie dobrana, a jeden z aktorów ma głos niczym Kurt Cobain.

Sprawy nabierają tempa, gdy koleś zsuwa spodnie do kostek, wypina się i tyłem na klęczkach, goni kobietę, krzycząc: ruchaj mnie, ruchaj mnie! Innym razem ona karmi go piersią niczym dziecko. W Burzy mamy też całą gamę nagłych pocałunków. Faceta z facetem, faceta z kobietą, kobiety z kobietą.

Pomiędzy scenami pojawiają się filmowe przebitki pana z samego początku, który wraz ze swoimi kolegami naćpał się wodą z ogórków. Pozwolę sobie mniej więcej przytoczyć fragment ich rozmowy:

- Co to jest?
- Twoje gówno.
- Moje gówno? To nie jest moje gówno.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Bo to gówno wygląda na nieszczęśliwe. Moje gówno jest najszczęśliwszym gównem na świecie. Zdrowo się odżywiam, jem dużo warzyw. Biorę tran, więc gładko wychodzi. Gdy moje gówno podróżuje przez moje jelita, czuje się jak w pierdolonym wesołym miasteczku.





W pewnym momencie uświadamiam sobie, że z burzowej chmury u sufitu, w jednym z miejsc uformowane jest prącie, pod którym najpierw leżą zakochani bohaterzy, a później obsypują je piaskiem. Dodatkowo, przez cały spektakl, jedno z tych głupich lusterek kręci się nieustannie, odbijając reflektory skierowane na aktorów i kierując przeszywające światło prosto w nasze oczy. W wyobraźni setki razy wchodzę na scenę, urywam to zwierciadło ze sznurka, a potem biorę je pod pachę i wychodzę z sali bez słowa.

Ah, zapomniałabym o pani Annie Ilczuk! Dla jasności nazwę ją Emilką z Pierwszej Miłości. Już nie musicie googlować, nie ma za co. Z jakichś powodów, jako jedyna z bohaterów, mówi po angielsku. Nawet w rozmowie z nią, inni odpowiadają po polsku. Jej kwestie w żaden sposób nie są tłumaczone, a sama aktorka najwyraźniej nie potrafi grać w tym języku, bo słowa Emilki brzmią albo zupełnie kwadratowo z iście polską wymową, albo bardziej po angielsku, ale tak niedbale, że ciężko wyłapać sens.

Na końcu mamy happy end. Dwie kobiety całują się, potem rozbierają, by zmienić suknie na białe, a na scenę wkracza kolorowo ubrany zespół cygański! Wybucha szampan i konfetti! Łuu huu! Wtedy następują najsłabsze teatralne owacje, jakie kiedykolwiek widziałam. W końcu Cyganka wychodzi na środek i ruchem dłoni podejmuje próbę zachęcenia widowni do wstania. O nie, nie zmusi mnie pani do tego. Nikt nie wstaje. Kobieta z obsługi daje kwiaty głównej aktorce. Tak się zawsze robi? Czuję ulgę, że to już koniec, ale szkoda mi pracy, jaką ci ludzi włożyli w zrobienie takiej farsy.

Pomijam w tym wpisie główną fabułę, bo ja jej zupełnie nie wyłapałam. Została przysłonięta przez wszystko, co tylko dało się wpakować do scenariusza. Może gdybym dobrze znała szekspirowski oryginał. A może ja tego po prostu nie rozumiem, może my wszyscy tego nie rozumiemy. Osobiście chyba nawet nie chcę.


*Te słowa były bardzo niemiłe z mojej strony, bo Bartosz to przede wszystkim dynamika, kumulacja wielu talentów i niesamowita płynność emocji, ale sami rozumiecie. Delikatnie mówiąc: nie można odmówić mu atrakcyjnej aparycji.


Nie zapomnijcie podesłać znajomym i polajkować fejsa, do następnego!

środa, 1 kwietnia 2015

W środę nie robię - przegląd rzeczy fajnych #11



Słodki Jezu, toż to jakiś armagedon za oknem! Jest źle, kochani, jest źle. Miałam ostatnio większe i mniejsze załamania nerwowe. Do góry jest jajo. Jajo. Widzicie jak leży w bezruchu? Tak właśnie trzeci dzień leży mój mózg. Już święta. Więc czas się odstresować, no... jedziemy!


Rzuć szkołę, pracę, rodzinę. Zostań blogerem i zarabiaj miliony. - jak pięknie Tomek potrafi sprowadzić ludzi do parteru. Idealnie, a z jaką gracją.

Wideo: rzucanie ponczem, tańczące feministki i filary internetu  - Paweł Opydo z Zombie Samuraia wziął się za filmiki i to jest równie piękne.



Włodek Markowicz zaczął robić nowy program i jest świetny! Czołówka prześliczna, tematyka oryginalna, całość wypada bardzo naturalnie. Włod dopieścił każdy szczegół. Dla mnie największą gratką jest, że można napisać do niego na gadu-gadu. Czekam na kolejny odcinek!



To. Jest. Moje. Ukojenie.


Słabo było z tymi wróblami, no ja wiem. Ale wracam do życia!