czwartek, 2 kwietnia 2015

Najbardziej kontrowersyjna sztuka, jaką widziałam




Minęły dokładnie trzy tygodnie, a ja dopiero teraz jestem w stanie wrócić myślami do tych obrazów. Musicie uwierzyć, że one nadal powodują eksplozję mojego mózgu, ale napiszę to, choćbym miała co akapit ścierać jego resztki z ekranu komputera. W dupie mam te wszystkie nazwiska, które ani wam, ani mi nic nie mówią, w dupie mam formułę, według której powinnam pisać rzetelną recenzję. Ja po prostu chcę wam opowiedzieć o tym, co mi się przytrafiło.


Zdjęcia ze spektaklu pt. Burza wyglądały niesamowicie obiecująco. Sztuka miała tylko jeden poważny mankament, o którym zresztą wiedziałam od początku. W obsadzie nie występował Bartosz Porczyk. Trudno, byłam gotowa przyjąć to na klatę (szczególnie brak Jego klaty*). Miejże trochę wyrozumiałości, przecież się chłopina nie rozerwie – myślałam. Teatr na Porczyku się nie kończy, będzie fajnie.

Zaczyna się. Na dużym ekranie wyświetlany jest film, gdzie mężczyzna, we wprost dekadenckim stylu, opowiada o tym, iż ekspansja pragnień oraz uczuć do niczego nie prowadzi, bo wciąż chcemy tylko więcej i więcej. Nigdy nie będziemy nasyceni. Świetna myśl, piękne sformułowanie. Aż by się chciało całą publikację o tym napisać!

Później akcja przenosi się na scenę. Klimat jest porażający. Panuje wszechobecna ciemność, którą chwilami przerywają jedynie świetlane błyskawice. Z sufitu zwisają nieregularnie uformowana płachta oraz trójkątne lusterka. Ach, jak ja uwielbiam lustra w teatrze! Na środku, w czarnej sukni, leży kobieta, która wygląda dokładnie jak Nosferatu! Moje serce jakby postanowiło na chwilę przystanąć i ścisnąć gardło. Jak gdybym oglądała najlepszy horror na świecie!

Sąsiedzi poklepują mnie po ramieniu. „Jakie to jest fajne, świetny wybór! To będzie dobra sztuka!” No, Szymańska, you had one job and you did it right – cieszę się w myślach. Jednak od pewnego momentu, ten zachwyt stopniowo przemienia się w równie pochyłą, na której czuję się niczym zjeżdżający inwalida. Samotnie. Tyłem.

Najpierw widzowi delikatnie zasugerowana jest jakaś mała palcóweczka między bohaterami, ale przecież to nic wielkiego. Co pod sukienką to nie widać, a sztuka współczesna ma swoje prawa! Nie przejmując się, oglądam dalej. Warto, bo oprawa muzyczna jest świetnie dobrana, a jeden z aktorów ma głos niczym Kurt Cobain.

Sprawy nabierają tempa, gdy koleś zsuwa spodnie do kostek, wypina się i tyłem na klęczkach, goni kobietę, krzycząc: ruchaj mnie, ruchaj mnie! Innym razem ona karmi go piersią niczym dziecko. W Burzy mamy też całą gamę nagłych pocałunków. Faceta z facetem, faceta z kobietą, kobiety z kobietą.

Pomiędzy scenami pojawiają się filmowe przebitki pana z samego początku, który wraz ze swoimi kolegami naćpał się wodą z ogórków. Pozwolę sobie mniej więcej przytoczyć fragment ich rozmowy:

- Co to jest?
- Twoje gówno.
- Moje gówno? To nie jest moje gówno.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Bo to gówno wygląda na nieszczęśliwe. Moje gówno jest najszczęśliwszym gównem na świecie. Zdrowo się odżywiam, jem dużo warzyw. Biorę tran, więc gładko wychodzi. Gdy moje gówno podróżuje przez moje jelita, czuje się jak w pierdolonym wesołym miasteczku.





W pewnym momencie uświadamiam sobie, że z burzowej chmury u sufitu, w jednym z miejsc uformowane jest prącie, pod którym najpierw leżą zakochani bohaterzy, a później obsypują je piaskiem. Dodatkowo, przez cały spektakl, jedno z tych głupich lusterek kręci się nieustannie, odbijając reflektory skierowane na aktorów i kierując przeszywające światło prosto w nasze oczy. W wyobraźni setki razy wchodzę na scenę, urywam to zwierciadło ze sznurka, a potem biorę je pod pachę i wychodzę z sali bez słowa.

Ah, zapomniałabym o pani Annie Ilczuk! Dla jasności nazwę ją Emilką z Pierwszej Miłości. Już nie musicie googlować, nie ma za co. Z jakichś powodów, jako jedyna z bohaterów, mówi po angielsku. Nawet w rozmowie z nią, inni odpowiadają po polsku. Jej kwestie w żaden sposób nie są tłumaczone, a sama aktorka najwyraźniej nie potrafi grać w tym języku, bo słowa Emilki brzmią albo zupełnie kwadratowo z iście polską wymową, albo bardziej po angielsku, ale tak niedbale, że ciężko wyłapać sens.

Na końcu mamy happy end. Dwie kobiety całują się, potem rozbierają, by zmienić suknie na białe, a na scenę wkracza kolorowo ubrany zespół cygański! Wybucha szampan i konfetti! Łuu huu! Wtedy następują najsłabsze teatralne owacje, jakie kiedykolwiek widziałam. W końcu Cyganka wychodzi na środek i ruchem dłoni podejmuje próbę zachęcenia widowni do wstania. O nie, nie zmusi mnie pani do tego. Nikt nie wstaje. Kobieta z obsługi daje kwiaty głównej aktorce. Tak się zawsze robi? Czuję ulgę, że to już koniec, ale szkoda mi pracy, jaką ci ludzi włożyli w zrobienie takiej farsy.

Pomijam w tym wpisie główną fabułę, bo ja jej zupełnie nie wyłapałam. Została przysłonięta przez wszystko, co tylko dało się wpakować do scenariusza. Może gdybym dobrze znała szekspirowski oryginał. A może ja tego po prostu nie rozumiem, może my wszyscy tego nie rozumiemy. Osobiście chyba nawet nie chcę.


*Te słowa były bardzo niemiłe z mojej strony, bo Bartosz to przede wszystkim dynamika, kumulacja wielu talentów i niesamowita płynność emocji, ale sami rozumiecie. Delikatnie mówiąc: nie można odmówić mu atrakcyjnej aparycji.


Nie zapomnijcie podesłać znajomym i polajkować fejsa, do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz